Pierwszy zerwał się z miejsca Rikard, przebiegł przez salon i wpadł do holu. Podążyło za nim kilka odważniejszych osób. Reszta, a wśród nich Jennifer, dołączyła później.
To niemożliwe, pomyślała. Czyżby w tym domu mieszkał ktoś jeszcze?
Dla osoby wierzącej głęboko w duchy, widma, upiory i wszelkie inne zjawy tego rodzaju myśl nie była miła.
Jennifer powolnym krokiem doszła do holu i zerknęła zza drzwi. Wszyscy już tam stali, pochyleni nad czymś leżącym na podłodze, czego nie mogła dostrzec. Zbliżyła się ostrożnie, w każdej chwili gotowa do odwrotu, gdyby okazało się to konieczne.
Odsłonięcie tajemnicy przyniosło prawdziwe rozczarowanie. Plastikowa wanna i bryła lodu o nieregularnych kształtach oraz niewielki strumyczek roztopionej wody. Tylko tyle.
Rikard wyjaśniał właśnie zebranym, co zaszło.
– Wanna musiała chyba stać na poręczy albo na krawędzi stopnia. Kiedy ciepło z kominka dotarło do góry, lód się roztopił, a ponieważ wanna była nierównomiernie obciążona, wszystko się przewróciło i z hukiem spadło ze schodów. Zabierzmy ją, Ivar, jeśli się przyda w kuchni, i wracajmy do przerwanego posiłku.
– Satysfakcjonuje cię to wyjaśnienie? – zapytała cicho Jennifer, idąca obok Rikarda.
– Nie, bo kiedy byłem na górze, widziałem tę wannę. Stała pod przeciekającym miejscem na suficie na jednym z łóżek w pokoju na samym końcu korytarza. Nie powiesz mi chyba, że przebyła tę długą drogę sama!
Jennifer wzdrygnęła się.
– Wolałabym, żebyś nie opowiadał tak plastycznie – powiedziała drżącym głosem.
Na chwilę przytulił ją do siebie.
– Przepraszam, zapomniałem, że masz bujną wyobraźnię. Ktoś musiał ustawić tam wannę celowo. Ale po co?
– Może właśnie po to, żeby nas nastraszyć?
– Możliwe. W każdym razie to bardzo głupi dowcip. Prawie cały czas byłem w salonie, bo zajmowałem się podtrzymywaniem ognia na kominku. Nie widziałem, żeby ktokolwiek wchodził po schodach…
– Przestańmy już o tym mówić – poprosiła Jennifer niepewnym tonem, na co Rikard ze skruchą skinął głową.
Znowu usiedli do stołu.
– Nie uważacie, że nie wieje już tak mocno? – zagaił Svein. – Zobaczycie, że cały śnieg zniknie do jutra rana.
– Właściwie szkoda by było – uśmiechnął się Ivar. – Zrobiło się tutaj całkiem miło.
Jennifer nasłuchiwała, ale nie wydawało jej się, żeby nieprzerwane zawodzenie burzy choć trochę przycichło. Śnieg uderzający z wielką siły o szyby też nie zelżał.
Rikard podał dziewczynie talerz z naleśnikami, a ona zgrabnie ułożyła kilka z nich na talerzu Børrego.
– Børre Pedersen jest trochę upośledzony – wyjaśniła. – Musimy mu zapewnić wszelką możliwą pomoc.
Børre się wściekł i rzucił kilka słówek, które wywołały rumieniec na twarzy subtelnej Louise Borgum.
Rikard przerwał kwiecistą przemowę Børrego.
– Musisz się nauczyć rozumieć Jennifer. Jej zachowanie nie wynika ze złośliwości To najbardziej szczere dziecko natury, jakie znam, ale jednocześnie jest prawdziwym enfant terrible…
– Żadnej cudzoziemskiej gadki. Mów tak, żeby człowiek mógł zrozumieć!
– Oczywiście! Enfant terrible znaczy „straszne dziecko”, czyli takie, które przez dziecinną albo nieprzemyślaną szczerość stwarza sytuacje kłopotliwe dla otoczenia.
Jennifer westchnęła.
– Obawiam się, że to prawda.
Nie wydawało się, żeby ktoś chciał negować ten fakt.
Rikard, zwrócony do Børrego, kontynuował:
– Naprawdę chodziło jej o to, że potrzebujesz pomocy. Nie wiem, co powiedziałeś, ale w każdym razie dałeś jej do zrozumienia, że jesteś niezdolny do samodzielnego życia.
– Ech! Nikt nie może być aż tak głupi!
Rikard popatrzył w zamyśleniu na Jennifer i nagle zrozumiał, że Børre Pedersen ma rację.
Jennifer nie była złośliwa, nie zamierzała nikogo ranić, a mimo to dobrze wiedziała, co mówi.
Nie, to zbyt skomplikowane! Z pewnością Jennifer nie była łatwym dzieckiem, ale im stawała się starsza, tym trudniej ją było zrozumieć!
Coś się przestało zgadzać. Absolutnie!
Børre parskał ze złości, burczał i pomrukiwał, opychając się zawzięcie naleśnikami.
– A poza tym… – odezwał się w końcu, grożąc Jennifer widelcem. – To najgorsze naleśniki w moim życiu! Takie jak ty nie powinny się w ogóle brać za gotowanie. Nie złapiesz przez to żadnego faceta!
Trine się zaczerwieniła i zdenerwowała, a Louise Borgum spokojnie wyjaśniła:
– Nie miałyśmy do dyspozycji nic więcej oprócz mleka w proszku, sproszkowanych żółtek i wody oraz odrobiny tłuszczu do smażenia. Uważam, że Trine świetnie sobie poradziła, a Jennifer w ogóle przy tym nie było.
Børre otworzył usta ze zdziwienia. Ivar poklepał go po ramieniu swoją ogromną dłonią.
– Jak na tak niezadowolonego z ich smaku, to całkiem sporo ich pochłonąłeś, Børre. Sam zjadłeś połowę wielkiej góry naleśników.
Børre przypominał teraz chmurę gradową.
Nastrój trochę się popsuł i za chwilę wszyscy się rozeszli do swoich pokoi. Rikard podążył za Jennifer i otworzył jej drzwi.
– Chyba będzie ci tu wygodnie?
Stanęła w progu. Dostała niewątpliwie najlepsze lokum w całym hotelu i była ogromnie wdzięczna Rikardowi za jego opiekuńczość, ale…
– Czy pozwolisz mi mieszkać z tobą? – zapytała cicho.
– No, nie, Jennifer! Nie jesteś już dzieckiem.
– Uwielbienie, jakim cię darzyłam, nie było natury fizycznej – mówiła dalej bardzo spokojnie.
Rikard zastanowił się przez chwilę i uznał, że miała rację. Wszystkie te drobne podarunki, cała jej troska o jego dobro… Powodowała nią chyba najprawdziwsza przyjaźń na świecie.
– Wiem o tym – rzekł niezwykle łagodnie – ale może oni tego nie zrozumieją.
Ze zdziwieniem w oczach odparła:
– Chyba w życiu nie pomyślą, że… ty i ja? To zupełnie niedorzeczne!
– Być może – rzucił oschle – ale czasami ludziom przychodzą do głowy najdziwniejsze pomysły.
– Tak, pewnie masz rację.
Popatrzył na nią z namysłem.
– Zastanawiam się, czy ty w ogóle wiesz, czym jest fizyczna miłość?
Zaskoczyła go jej reakcja. Twarz jej się skurczyła w przypływie intensywnego bólu. Czegoś takiego jeszcze nigdy u niej nie widział. Za chwilę znowu była sobą.
– To bardzo ładny pokój. Ale… w oknach nie ma zasłon.
– Kto miałby tu zaglądać?
– Śnieżne zjawy – szepnęła.
Wpatrywał się w duże niebieskie oczy.
– Kto taki?
– Oni… oni…
– W porządku – zgodził się skwapliwie, bo tego wieczoru nie miał już siły wysłuchiwać jakichś skomplikowanych wyjaśnień – zawieszę koc. Prześcieradło i resztę pościeli znajdziesz w szafie. Gotowe. Teraz lepiej?
– Dziękuję, Rikard… Który zająłeś pokój?
– Pierwszy w tym małym korytarzu.
– Dlaczego chciałeś, żebym mieszkała właśnie w tym?
Zawahał się.
– Dlatego, że coś się tutaj dzieje, Jennifer. Tylko jeszcze nie wiem, co. Poza tym zdjęcie jednej z tych osób widziałem w jakimś raporcie policyjnym, ale nie mogę sobie przypomnieć, czego dotyczył.
– Kto to jest?
– Nie mam prawa o tym mówić. Może to tylko niewinny świadek? Nie chciałbym, żebyś nabrała bezpodstawnych podejrzeń w stosunku do tej osoby. Nasza długa znajomość utwierdziła mnie w przekonaniu, że jesteś zdolna do wszystkiego. Chcę mieć ich na oku, rozumiesz?
Uśmiechnęła się na potwierdzenie.
– Ale nie mnie?
– Nie ciebie, Jennifer – posłał jej ciepłe spojrzenie. – Chociaż pojawiła się u ciebie jakaś nowa cecha…
Co się stało z Jennifer? zadawał sobie pytanie. Jest odmieniona, a jednocześnie nie rozwinęła się przez te wszystkie lata. I właśnie to jest najbardziej niepokojące!
– No, tak! – zakończył. – A więc dobranoc! Miło… cię znowu widzieć.
Ależ kłamstwo! Miło ją znowu widzieć? Ból, jaki wówczas odczuwał, nie ucichł mimo upływu lat. Z przerażeniem stwierdził, że dokucza mu coraz bardziej.
Ale Jennifer niczego się nie domyślała. Jego słowa sprawiły, że poczuła ogromną radość. Uspokojona posłała łóżko i wśliznęła się pod kołdrę.
„Miło cię znowu widzieć”. Pomyśleć tylko, że Rikard tak powiedział!
Za moment wciągnęła powietrze z głębokim świstem. Łóżko było lodowate! Pozbawiło ją całego ciepła, które tak niedawno wróciło do jej wychłodzonego ciała. Zwinęła się w kłębek, żeby zająć jak najmniej miejsca na pościeli.
Długo leżała, nasłuchując wściekłych ataków śniegu napierającego na szybę. W pokoju unosił się intensywny zapach kurzu z rozgrzanych kaloryferów.
Upłynęło sporo czasu, zanim pozostali goście, zajmujący przyległe pokoje, udali się na spoczynek. Do uszu Jennifer docierał monotonny głos Ivara, który opowiadał Sveinowi jakąś długą historię. Słyszała też szybkie przytłumione kroki należące, jak przypuszczała, do tajemniczego Jarla Fretne, a także Børre Pedersena, wydającego zrzędliwym tonem polecenia żonie, oraz jej przestraszone potakiwanie. Rikard najwyraźniej już się położył, ale dobiegały ją jeszcze odgłosy z pokoju Louise Borgum. Były przytłumione i delikatne.
W końcu zapadła cisza. Tylko z pokoju Ivara i Sveina dobiegała od czasu do czasu jakaś senna odpowiedź.
Jednak Jennifer nie mogła zasnąć. Jej umysł pracował z niezwykłą precyzją.
Co za ohydny i przytłaczający dom!
Panuje w nim taka martwa, przerażająca atmosfera! Nie atmosfera śmierci, ale właśnie martwa. Bez życia.
Jak mogła tak bez zastanowienia pojechać w góry, żeby obejrzeć ten hotel? A gdyby tak pogoda dopisała i z łatwością by tutaj dotarła? Skazana by była na nocleg w samotności!
A co właściwie sobie myślała?
Nic, jak zwykle, albo raczej – myślała o wielu różnych rzeczach. Ogarnął ją entuzjazm, bo miała w perspektywie prowadzenie wysokogórskiego hotelu.
Ona? Boże drogi!
Rikard… Jak wspaniale go było znowu zobaczyć! Słuchać jego spokojnego głosu, mieć kogoś, na kim można polegać, kogoś, kto rozwiązuje wszystkie problemy.
Jednocześnie myśl o nim sprawiała ból. Jego niezrozumiały i nagły wyjazd do Oslo, wspomnienie długiego milczenia. Sądziła, że jest między nimi coś pięknego, że są nierozłącznymi przyjaciółmi. A jednak tak nie było. To właśnie ona potrzebowała jego przyjaźni, on jej nie potrzebował. Wcale nie!
Ale właściwie nie było to takie dziwne. Ona czerpała korzyści z tej znajomości, a on miał z nią same kłopoty.
A mimo to sądziła… że trochę ją lubi. Zawsze był taki miły, miał tyle cierpliwości…
Ale widocznie cierpliwość też mu się wyczerpała.
Nic się nie zmienił. Zmężniał tylko jeszcze bardziej od czasu, kiedy go widziała po raz ostatni. Powróciły wspomnienia wspólnie przeżytych chwil.
W pewnym momencie Jennifer poczuła, że krew stygnie jej w żyłach. Podmuchy zawodzącego wiatru napierały na szyby i zdawały się wtłaczać je do środka. Kto próbuje wtargnąć przez okno, szepcząc tak przenikliwie? Śnieżne zjawy…
Wytwory jej dziecięcej wyobraźni. Wymyśliła sobie różne potwory. Każdy żywioł miał swojego. Woda, ziemia… Śnieżne zjawy nie posiadały konkretnego kształtu, mogły na przykład wyłonić się z białego bezkresu, wyrosnąć ze śniegu, podpełznąć bliżej i pochłonąć swoją ofiarę, nie zostawiwszy po niej śladu, a przy tym sprawiały wrażenie, jakby cały czas tkwiły w bezruchu.
To niemożliwe, pomyślała Jennifer. Przecież jestem dorosła! Czasami o tym zapominam.
Znowu zastygła przerażona. Czy weszły do środka? Nie, chyba nie. To wykluczone! Ale w przedsionku ktoś był, słyszała skradające się kroki… Nie mogły przecież wejść przez zamknięte na klucz drzwi? A może mogły?
Och dlaczego Rikard ulokował ją właśnie tutaj, z dala od innych? Czy naprawdę myślał, że tak szybko wyrasta się ze strachu przed ciemnością?
Nagle zrozumiała, że nie przesłyszała się. Ktoś był w recepcji. Ostrożne ruchy, skrobanie, odsuwane szuflady.
Śnieżne zjawy! Jednak tu weszły! Przecisnęły się przez wąziutkie szparki w oknach. A kiedy już się znalazły w środku, powiększyły się do swoich zwykłych rozmiarów.
Jennifer oblał zimny pot. Czy na pewno przekręciła klucz w zaniku? Ale co je obchodzą drzwi? I tak dostaną się tam, gdzie chcą.
Nie, zaczęły się oddalać. Odeszły w stronę kuchni, przemykając się szybko i niemal bezszelestnie.
Jennifer leżała nieruchomo, serce jej łomotało. Kroki ucichły.
Może jest już bezpieczna?
Za chwilę znowu je usłyszała. W piwnicy, tuż pod nią.
Gdzieś na dole zaskrzypiały drzwi.
Przez jakiś czas nasłuchiwała, a potem wyśliznęła się z łóżka i ostrożnie wyjrzała z pokoju. Nie mogła już tego wytrzymać, teraz miała szansę sprawdzić, kto jest w domu.
W recepcji było ciemno, ale na zewnątrz paliła się lampa, rzucająca bladą poświatę na hol i obrzydliwego trolla. Jennifer niemal jednym skokiem przebyła recepcję i znalazła się w zamieszkanej części hotelu.
Pierwsze drzwi…
Ostrożnie zapukała.
Nikt się nie odezwał.
Jennifer nachyliła się do dziurki od klucza i wyszeptała imię Rikarda.
Odczekała chwilę.
Potem nacisnęła klamkę i otworzyła drzwi.
Pokój był pusty.
Przez jakiś czas stała niezdecydowana, potem zamknęła drzwi, przebiegła przez hol i podążyła w kierunku kuchni. Może Rikard zgłodniał i poszedł coś zjeść?
Znalazła się w korytarzyku, prowadzącym do części kuchennej, i zakradła się do kuchni.
Otoczyły ją zupełne ciemności.
Po omacku próbowała znaleźć kontakt, ale bez powodzenia. Na której ścianie ma szukać? Gdzie były drzwi do piwnicy? Żeby tylko nie spotkać…
Nagle ogarnął ją paniczny strach. Coś za nią gwałtownie się poruszyło, ktoś silną ręką zasłonił jej usta i przyciągnął ją do siebie.
– Bądź cicho! – szepnął Rikard i zwolnił uścisk.
Rikard! Naturalnie, to był on. Trochę się uspokoiła.
– Ktoś jest w piwnicy – wyszeptała bez tchu.
– Wiem.
– Są tu zjawy…
– Jennifer – szepnął z rezygnacją.
A więc to było jakieś żywe stworzenie. Dzięki Bogu!
– Czy widziałeś, kto to?
– Nie. Nie słyszałem, żeby ktoś wychodził z pokoju.
Doznała kolejnego wstrząsu. Że też nie pomyślała o tym wcześniej!
– Rikard, Svein mówił, że w domu musi mieszkać ktoś jeszcze. A ta wanna, która sama zeszła ze schodów? Pomyśleć, że nie jesteśmy tu sami. Może to duch?
– Przestań wygadywać takie głupstwa! Zostań tutaj, zejdę do piwnicy.
– Idę z tobą.
– Nie, to… No, dobrze, chodźmy razem!
Dobrze wiedział, że nie uda się powstrzymać Jennifer. A poza tym nie wiadomo, co by wymyśliła, gdyby zostawił ją na górze.
Rikard najwyraźniej wiedział, gdzie szukać schodów. Jennifer, która na nocną koszulę zdążyła założyć tylko kurtkę, a na nogi skarpety, czuła bardzo wyraźnie zimny ciąg powietrza od dołu, podczas gdy cichutko skradali się do piwnicy. Nawet ciepło promieniujące z ręki Rikarda otaczającej jej dłoń nie było w stanie odegnać chłodu.
Słyszeli szybkie, gwałtowne ruchy gdzieś na dole.
Kroki, ręce błądzące po półkach i ścianach oraz migotliwy blask świecy przeświecający przez labirynt przejść.
Nagle zapadła cisza. Świeca zgasła.
Ktoś odkrył ich obecność.
Rikard przesunął dłonią po ścianie w poszukiwaniu kontaktu. Odnalazł go i włączył.
Jednak światło się nie zapaliło. Najwyraźniej zabrakło bezpieczników, żeby podłączyć prąd w piwnicy.
Stali już na kamiennej posadzce, zamierzając zbadać jedno z wąskich przejść.
Rikard zawołał:
– Czy możemy w czymś pomóc?
A do Jennifer szepnął:
– Pewnie ktoś poczuł głód i szuka konserw.
W następnej chwili ktoś popchnął ich z tak ogromną siłą, że zatoczyli się do tyłu. Obok nich przemknęła jakaś istota, kierując się ku schodom.
Zanim zdążyli się podnieść, drzwi do piwnicy zatrzasnęły się z hukiem.
Rikard klnąc pobiegł do wyjścia.
– Jeśli nas tu zamknięto…
Niestety miał rację.
– Rikard! – krzyknęła zaszokowana Jennifer. – Ile ty znasz przekleństw!
W końcu się uspokoił i powiedział:
– Musimy się stąd wydostać. Za zimno tu. Co na siebie włożyłaś?
– Niewiele.
Dotknął jej ramienia.
– O Boże – mruknął. – Musimy wzywać pomocy.
Zaczęli krzyczeć i uderzać pięściami w drzwi.
– Proszę, weź moją kurtkę – zaproponował. – Owiń nią nogi i usiądź na schodach!
– Ale ja… Dobrze, dziękuję!
Rikard spróbował ponownie przyciągnąć uwagę innych.
– Nie wygląda to dobrze – stwierdził. – Gdyby udało się nam wydostać stąd natychmiast, łatwo byłoby nam rozpoznać tego, kto był w piwnicy. Po przyspieszonym oddechu, a także po wychłodzonym ciele i ubraniu.
– Jak myślisz, kto to był?
– Nie mam pojęcia. Nie spałem, ale, jak ci już mówiłem, nie słyszałem, żeby ktoś wychodził ze swojego pokoju.
Jennifer zadygotała, nie tylko ze strachu.
Nagle Rikard wybuchnął przytłumionym, niepohamowanym śmiechem.
– Udało mi się przeżyć kilka względnie spokojnych lat, kochana Jennifer. Ale ledwo się pojawiasz, od razu zaczynają się kłopoty.
Jednak w tych słowach nie wyczuwało się wcale złości. Jennifer ujęła dłoń Rikarda i pogłaskała się nią po policzku. Nie cofnął ręki, tylko przesunął delikatnie palcami po jej twarzy. Na moment odżyło wspaniałe uczucie więzi i łączącej ich niegdyś przyjaźni. Rikard znowu mocno załomotał pięściami w drzwi. Obojgu wydawało się, że minęło kilka godzin, nim ich usłyszano.
Wybawcami okazali się Ivar i Svein. Jennifer chwiejnym krokiem weszła do zalanej światłem kuchni.
– Co tam robiliście? – dziwił się Ivar. – Rozmawialiśmy ze Sveinem, leżąc w łóżkach, i wydawało mi się, że coś słyszę, ale nie miałem pojęcia, co to może być. Svein jednak natychmiast się zerwał. Powiedział, że brzmi to tak, jakby w domu rozpętało się istne piekło. Ojej, dziewczyno, masz takie cienkie ubranie! – zakończył Ivar, przyglądając się Jennifer z zainteresowaniem. Także Svein gapił się na nią bezwstydnie.
– Właśnie, Jennifer musi się jak najszybciej położyć – powiedział Rikard. – Teraz i tak już się nie dowiemy, kto był w piwnicy, więc równie dobrze możemy wszyscy pójść spać.
Tym razem rozgrzanie ciała i posłania przyszło Jennifer z jeszcze większą trudnością. Przykryła się dodatkowo znalezionymi w szafie dwoma kocami Drżąca z zimna leżała z głową pod poduszką, próbując ogrzać oddechem pościel.
Jennifer nie byłaby sobą, gdyby nie zaczęła od razu wymyślać nowych koszmarnych historii. Ta duża skrzynia, stojąca w holu koło jej drzwi, już od początku ją niepokoiła. Nagle „zrozumiała”, skąd brały początek te wszystkie niepojęte wydarzenia. Wiedziała już, kogo widział i słyszał Svein. Wiedziała, kto przestawił wannę i kto był w piwnicy.
Teraz, właśnie w tej chwili, powoli otworzyło się wieko skrzyni i coś się z niej wyłoniło. Jeszcze nie potrafiła sobie dobrze wyobrazić, jak to coś wygląda, ale wiedziała, że było obrzydliwe. Wytężała słuch, ale nie mogła niczego dosłyszeć, I nawet najmniejszego szmeru. Szalejąca burza zagłuszała wszystkie odgłosy w domu, więc nie było to takie dziwne.
W końcu Jennifer uznała, że na pewno potwór bezszelestnie wpełznął z powrotem do skrzyni, i wreszcie zasnęła, ciesząc się myślą, że jutro znowu zobaczy Rikarda.
Na początku Jennifer nie mogła zrozumieć, gdzie jest.
Pogrążony w półmroku pokój, w którym okna nie były na swoim miejscu, dobiegające skądś zdenerwowane głosy, kobiecy płacz.
Hucząca wichura, trzęsąca ścianami domu.
Usiadła na łóżku.
Trollstølen! Ten okropny, nawiedzony dom. Ale myśl, że był tu Rikard, podnosiła ją na duchu.
Dzienne światło sączyło się przez koc, który zawiesił w oknie.
Musiała długo spać.
Odsłoniła okno. Biała ściana, którą zobaczyła, niemalże ją oślepiła. Kiedy oczy przyzwyczaiły się do silnego blasku, za całym tym śniegiem sięgającym ramy okna i częściowo szyby dojrzała jakiś krajobraz. Intensywnie biała okolica odcinająca się od stalowoszarego nieba, z którego nieustannie sypał śnieg, tworząc niemal pionową kurtynę. Wielkie nieba, spadło aż tyle śniegu, pomyślała.
Szybko odbyła poranną toaletę i włożyła ubranie. Tocząca się w holu zawzięta kłótnia, czy coś w tym rodzaju, nie ustawała.
Kiedy weszła do holu, wszyscy już tam byli, Albo raczej, prawie wszyscy.
– Co się stało? – zapytała.
Trine odwróciła do niej zapłakaną twarz.
– Børre… wyszedł! Żeby obejrzeć mecz.
– Czy on zwariował? – bez odrobiny szacunku zapytała Jennifer, ale Trine nawet tego nie zauważyła.
– Cały czas gadał, że to zrobi, ale myślałam, że tylko tak żartuje. Zobacz, co znaleźliśmy na kontuarze!
Wyciągnęła do dziewczyny arkusz firmowego papieru z nazwą hotelu.
Zamaszystym charakterem pisma napisano na nim:
Poszedłem na mecz. Nie wierzyliście, że mówię poważnie, co?
I pod spodem, koślawymi, niewyrobionymi literami:
Ślady są jeszcze widoczne, ale niedługo zatrze je wiatr. Wychodzę, żeby sprowadzić go z powrotem. Svein.
– Ale to przecież czyste szaleństwo! – zawołała przerażona Jennifer. – O której wyszedł Børre? A Svein?
– Nie wiemy – odezwał się Ivar – ale śnieg zdążył już zasypać ślady, więc było to chyba dość dawno temu. Znaleźliśmy tę karteczkę około pół godziny temu i od razu wyszedłem z Rikardem, ale musieliśmy zawrócić po przejściu zaledwie kilku metrów. To pewna śmierć!
Na te słowa Trine znowu wybuchnęła płaczem.
– On jest zupełnie zwariowany na punkcie piłki nożnej] – szlochała. – A o tym meczu mówił bez przerwy, od kiedy drużyna z Vindeid zdobyła szansę awansu do wyższej ligi. Powiedział, że go zobaczy, za wszelką cenę.
– Ale musimy wyjść i ich szukać – zadecydowała Jennifer.
– To na nic – stwierdził zrezygnowany Rikard. – Jak powiedział Ivar, to pewna śmierć. Jedyną osobą, która miała jakąkolwiek szansę go odnaleźć, był Svein, miał chociaż jakiś niewyraźny ślad. My jesteśmy pozbawieni nawet tego. Oczywiście jeszcze spróbujemy, ale jesteśmy zbyt lekko ubrani, żeby wypuścić się dalej. Nie możemy ryzykować utraty następnych osób.
– Nie da się iść drogą? – skierowała pytanie do Ivara.
– Jaką drogą? – odparł krótko i wiedziała już, co ma na myśli. Okolica jak okiem sięgnął wyglądała niby pustynia, z wyjątkiem pojedynczych wierzchołków brzóz, wystających spod śniegu, oraz zbitych zasp, pod którymi mogły się kryć różne niespodzianki.
– Że też Svein nic nam nie powiedział!
– Tak, to było bardzo głupie z jego strony. Miał jednak widoczny ślad, a poza tym było chyba na tyle wcześnie, że wolał nikogo nie budzić. Jak zwykle, postanowił poradzić sobie sam. Zawsze był uparty, nigdy nie chciał słuchać swoich rodziców. Z drugiej strony, to nic dziwnego, ma o wiele więcej oleju w głowie niż oni. Właściwie znam tylko jego rodziców, on sam jest dużo młodszy ode mnie. Ale był z niego miły i bystry chłopak.
Louise Borgum wzdrygnęła się na te słowa.
– Bądź tak miły i nie mów „był”! Brzmi to tak, jakbyś już stracił wszelką nadzieję.
– Nie, oczywiście, że tak nie myślałem.
– Są tu jakieś narty? – zastanawiała się głośno Jennifer, sądząc, że wpadła na świetny pomysł.
– Sprawdziliśmy to – odparł Rikard. – W jednym końcu domu jest pomieszczenie na sprzęt narciarski, ale nie znaleźliśmy dosłownie nic! A bez nart nie dotrzemy daleko. W nocy spadło mnóstwo śniegu.
Trine chwyciła Jennifer za ręce.
– Czy pożyczysz mi swoje zimowe ubranie? Jest ciepłe, więc pójdę go szukać.
Jennifer przyjrzała się z uwagą zapłakanej kobiecie.
– Nie możesz wyjść z twarzą mokrą od łez, bo się nabawisz odmrożeń. Wyjdę sama i rozejrzę się.
– Idę z tobą – oświadczył Rikard, a Ivar i Jarl Fretne skinęli głowami na znak, że zamierzają się przyłączyć. Louise natomiast nie wykonała żadnego ruchu na potwierdzenie, że chce pójść z nimi. W nylonowych pończochach i lekkich butach niewiele by mogła pomóc.
Zgasiła papierosa.
– Mój ostatni – rzekła oschle. – Mam nadzieję, że wkrótce przybędzie odsiecz!
Ubrali się najcieplej jak mogli. Jennifer unikała patrzenia w stronę skrzyni stojącej w kącie. Teraz, w świetle poranka, wiedziała oczywiście, że to tylko jej fantazje, ale i tak…
– A jeśli ich nie odnajdziemy, co to będzie oznaczać? – spytała.
– Istnieją dwie możliwości – odpowiedział ponuro Rikard. – Albo są w pobliżu jakieś domki kempingowe, Ivar wprawdzie o żadnych nie słyszał, ale przez ostatni rok mogły jakieś przybyć, i tam się zatrzymali, albo dotarli do głównej drogi i pojechali autostopem.
– Ale do głównej drogi jest chyba daleko? – spytała Jennifer słabym głosem.
– Sześć kilometrów – odpowiedział Ivar cicho, tak żeby nie usłyszała tego Trine.
– O Boże! – mruknęła Jennifer, dodając głośno: – Miejmy nadzieję, że dali sobie radę!
W tym samym czasie radio podało prognozę pogody dla Norwegii:
„Na dużym obszarze kraju, wzdłuż wybrzeża oraz w górach, szaleje burza śnieżna, która pod wieczór jeszcze się nasili. Z powodu obfitych opadów śniegu zamknięte są dla ruchu kołowego następujące drogi górskie: droga przelotowa Ĺrdal – Tyin, droga dojazdowa Vindeid – Bogen przez Kvitefjell, następnie…”