13.

Esteban pojechał do Cheyenne. Perez twierdzi, że przedtem zadzwonił do niego Morrisey – powiadomił telefonicznie następnego ranka Ramsey Kaldaka. – Wysyłam do Cheyenne dwóch agentów, może trafią na jego ślad. Znowu Morrisey.

– Wątpię, żeby Esteban tam jeszcze był. Za nic by nie zostawił Pereza przy życiu, gdyby ten był w posiadaniu ważnych informacji. Dowiedziałeś się czegoś o Morriseyu?

– Przechwyciliśmy jeden z jego telefonów. Parę dni temu dzwonił do motelu w Jackson Hole w stanie Wyoming. Posłaliśmy tam agenta w nadziei, że może coś wytropimy, i poszczęściło się nam. Morrisey zapłacił za pokój kartą kredytową. Będziemy mogli śledzić jego dalsze ruchy.

– Ale tej ostatniej rozmowy nie udało się wam przechwycić?

– Nie, dzwonił z telefonu komórkowego.

Mur nie do przeskoczenia. Esteban wkroczył do akcji, a oni nawet nie potrafią wyśledzić Morriseya.

– Jakieś wiadomości z CDC? – spytał Ramsey.

– Postępy.

– To za mało. W tej chwili uratuje nas wyłącznie antidotum. Powinno się zostawić dziewczynę do ich dyspozycji.

– Jest do ich dyspozycji. Codziennie wysyłam próbkę.

– To się skończy, jeśli zginie. Na miłość boską, wczoraj wyszła na miasto.

– I dziś też wyjdzie.

– Sądzisz, że będę na to patrzył przez palce, Kaldak? Jest dla ciebie zbyt cenna, żeby…

– Zadzwoń, kiedy się dowiesz czegoś o Morriseyu. – Kaldak się rozłączył.

– O Morriseyu? – W drzwiach pojawiła się Bess.

– Po telefonie od niego Esteban wyjechał z Meksyku. Z ostatnich raportów wynika, że udał się do Cheyenne.

– Więc co my jeszcze tutaj robimy?

– Nie zastalibyśmy go już tam. Jedyna szansa to znaleźć Morriseya i wydusić z niego informacje.

– O ile coś wie. Sam mówiłeś, że Esteban rzadko się zwierza ze swoich planów.

– Morrisey wie, jakie otrzymał zadanie. To już dość.

– Rozpoznałeś kogoś na zdjęciach? Pokręcił głową.

– W takim razie wychodzę zrobić więcej.

– To może nic nie dać.

– Albo dać. – Skrzywiła się. – Przynajmniej mam poczucie, że coś robię. Nie znoszę bezczynnego siedzenia.

– Nie bawi cię rola przynęty? Ramseya ogromnie interesuje cała ta sytuacja. Najchętniej umieściłby cię w milutkiej sterylnej izolatce i wyrzucił klucz do niej.

– Mam gdzieś Ramseya.

– Wyjęłaś mi to z ust. – Wstał. – Dwadzieścia minut. Pokażesz się, zrobisz parę zdjęć i wracamy.

– I żeby nikt się o mnie nie otarł.

– Teraz, gdy już wiem, że to De Salmo, nie obawiam się aż tak bliskich kontaktów. Najchętniej korzysta z noża albo pistoletu, a pistolet jest w tych okolicznościach za mało subtelny. Stawiałbym na nóż.

– Prawdziwie podniosłeś mnie na duchu. – Ruszyła do ciemni. – Cieszę się, że się nie obawiasz. Zaraz wracam. Muszę założyć film.

O nie, nie obawiał się. Był przerażony, tak samo jak podczas całej wczorajszej wycieczki do sklepu fotograficznego. Nie wiedział, jak długo jeszcze to wytrzyma.

Latarnie rzucały cienie na kamienne ściany, cienie, nieco przywodzące na myśl przygarbione gargulce.

Ciekawe, pomyślała Bess. Przecież setki razy wyglądała z tego okna na ulicę. Dlaczego nigdy jeszcze nie zauważyła tego efektu? Może nie chciała widzieć maszkaronów aż tak blisko siebie.

Podniosła aparat i ustawiła ostrość.

– Co ty wyprawiasz? – odezwał się Kaldak zza pleców. – Zauważyłaś kogoś?

– Cień.

– Co?

– Cień gargulca na ulicy. Ale był zbyt niezwykły, żeby go nie uwiecznić.

– Mówiłem ci, żebyś nigdy nie stawała przy oknie.

– Zapomniałam. – Odsunęła się.

– Wydawać by się mogło, że dość narobiłaś zdjęć jak na jeden dzień. Całe popołudnie przesiedziałaś w ciemni.

– Muszę się czymś zająć, żeby nie oszaleć.

– Rozumiem cię. Ja też jestem bliski szaleństwa. Rzeczywiście, brakowało ci aparatu.

– Tak.

Odwróciła się i popatrzyła na Kaldaka siedzącego w fotelu w głębi pokoju. Był w podkoszulku, długie nogi wyciągnął przed siebie. Powinien wyglądać na odprężonego, ale nie. Czujność ani na chwilę go nie opuszczała. Bess nigdy dotąd nie widziała Kaldaka naprawdę rozluźnionego.

– Ale jeszcze bardziej by mi brakowało wzroku.

– Albo starego przyjaciela.

Przytaknęła.

– Czy ty nigdy nie potrafisz patrzeć na przedmioty inaczej jak przez obiektyw?

– Czasem. Ale rzadko. Nawet jeśli nie mam aparatu, często widzę rzeczy tak, jakbym robiła zdjęcie. Emily mawiała… – Urwała. Tyle w jej życiu prowadziło do Emily. – Śmiała się i twierdziła, że to obsesja.

– Miała rację?

– Może. Dobra, niech będzie, mam obsesję. Są chwile, gdy ona jest gorsza niż cokolwiek innego.

Gargulce wydawały się teraz dłuższe, groźniejsze. Zmieniło się oświetlenie? Pstryknęła kolejne zdjęcie.

– Wiem, że bez aparatu czułam się obnażona.

– Bez zbroi?

Spojrzała na Kaldaka.

– Czy fotografowanie nie służy odgradzaniu się od sytuacji? Odpędzaniu bólu?

– Odgradzaniu się?

Nie odrywał wzroku od jej twarzy.

– Kiedy najczęściej to robisz, Bess? Kiedy się odgradzasz?

– Nie wiem.

– W trudnych chwilach? Po Danzarze? Tenajo?

– Może. – Ściągnęła brwi. – Zejdź ze mnie, Kaldak. Nie potrzebuję twojej psychoanalizy.

– Przepraszam, to już nawyk. Masz rację, nic mi do tego. I nie zamierzałem sugerować, że jest coś złego w budowaniu barier. Wszyscy tak postępujemy. Po prostu zaciekawiło mnie, że ty do tego wykorzystujesz aparat fotograficzny.

– A ty co wykorzystujesz?

– Wszystko, co się nawinie pod rękę. Improwizuję.

– To nie tylko bariera. Ja lubię moje zajęcie.

– Wiem. Zapomnij, co powiedziałem. Tak naprawdę to ci zazdroszczę.

Nie, nie zapomni jego uwag. Jest ostry, spostrzegawczy, a do tego za często, jak na jej gust, ma rację. Nagle zapragnęła zbić go z tropu. Podniosła aparat.

– Uśmiech, Kaldak.

Sama się uśmiechnęła, dostrzegłszy na jego twarzy zaskoczenie. Cóż za rozkosz złapać Kaldaka nie przygotowanego.

– Jeszcze raz. Ostrość. Migawka.

– Wolno spytać, co robisz?

– Zdjęcie. Tobie. Stanowisz niezwykle interesujący obiekt.

Nie kłamała. Przez obiektyw jego twarz stanowiła fascynującą mieszaninę bezwzględności i subtelności. Bess żałowała, że nie ma właściwego oświetlenia, by rzucić cień na policzki.

– Ze względu na moją niepowtarzalną urodę? A może potrzebujesz tła dla gargulców? – Uśmiechnął się kpiąco i machnął ręką. – Jak sobie życzysz, skoro ci nie szkoda filmu. Już niejeden przeze mnie pękał.

Odrobinę się odprężał. Bess widziała, jak z jego mięśni znika napięcie. Dziwne. Do tej pory nigdy jeszcze nie przyjrzała się Kaldakowi obiektywnie. Od pierwszego spotkania każdą chwilę zabarwiały emocje: od gniewu po strach, bezsilność.

Dłoń, którą machnął, jest duża i zgrabna, myślała jakby poza sobą. Jak zresztą on cały. Muskularne uda, szczupła talia, szerokie bary.

Siła, wdzięk i zmysłowość.

Omal nie wypuściła aparatu.

Zmysłowość? A to skąd?

– Coś nie tak? – Kaldak bacznie jej się przyjrzał.

– Nie, nic.

Pośpiesznie opuściła aparat, odwróciła się i przeszła do ciemni.


Czuje się bezpieczna. Tak bezpieczna, że nawet wychodzi na ulicę, pomyślał Esteban.

A De Salmo nic z tym nie robi. Tylko raczy go wymówkami.

Próbuje mu udowodnić, że śmierć siostry nic dla niej nie znaczy. Ale on wie, że to nieprawda. W domu pogrzebowym zemdlała. A mimo to proszę: spaceruje po mieście i fotografuje widoczki, podczas gdy powinna się ukrywać przerażona. Naigrawa się z niego. Na samą myśl o tym ogarnął go gniew.

Nie zniesie tego.


Nazajutrz, gdy Bess i Kaldak wchodzili do mieszkania, przywitał ich dzwonek telefonu.

– Podobał ci się pogrzeb, Bess? Wstrząśnięta słuchała tego głosu.

– Esteban.

Kaldak natychmiast przeszedł do kuchni.

– Żałuję, że nie mogłem w nim uczestniczyć, ale wysłałem przedstawiciela. Twierdził, że dobrze się trzymałaś w krypcie.

– Ty sukinsynu. – Głos jej drżał. – Zabiłeś ją.

– Mówiłem ci. Trzeba było mi uwierzyć. Ale wtedy ominęłaby mnie przyjemność podarowania ci tak wyjątkowego upominku. Niestety, Emily nie prezentowała się najlepiej, prawda? Co sobie pomyślałaś na widok…

– Milcz.

– Jesteś wzburzona. Ale czego się spodziewałaś po matce naturze? Było gorąco. Wiemy, co to znaczy, kiedy człowiek się zgrzeje, prawda? Nieźle musiałaś się napocić, uciekając przez góry.

– Ale uciekliśmy ci. Przegrałeś, gnojku.

– Nie twoja to zasługa. Jesteś tylko kobietą. Dopadłbym cię, gdyby nie ten śmigłowiec. Słuchasz tam, Kaldak?

– Tak – odezwał się Kaldak.

– Tak przypuszczałem. Świetnie się nią opiekujesz. Ale to na nic się nie zda. I tak jej dopadnę. Nie uda jej się mnie powstrzymać, ale mnie zdenerwowała. Jednak jako człowiek wielkoduszny przygotowałem dla niej kolejny upominek.

Bess mocniej ścisnęła słuchawkę.

– W takim razie sam przyjdź i mi go wręcz.

– Mam inne sprawy, a ty nie jesteś aż tak ważna.

– Gadaj zdrów. Nie dzwoniłbyś, gdybyś nie trząsł portkami ze strachu.

– Przy następnej przecznicy stoi kosz na śmieci. Prezent leży na wierzchu.

Rozłączył się.

Kaldak już wypadł z kuchni, biegnąc do drzwi wejściowych.

– Zostań. Ja przyniosę.

– Idę z tobą.

– To może być pułapka.

– Więc uważaj na mnie, do cholery. Idę z tobą.

– Tylko spróbuj postawić nogę za próg, a, daję słowo, dostaniesz ode mnie w łeb. Poślę agenta po to cholerstwo.

Zbiegł na dół. Trzasnęły za nim drzwi na zewnątrz. Po paru sekundach wrócił.

– Przyjdzie za parę minut. Wstawi paczkę do środka i wróci na stanowisko. Nie ruszaj się z mieszkania.

Upłynęły dwie długie minuty, nim agent postawił kartonowe pudło pod drzwiami.

Bess wpatrywała się w nie.

– Nie dotykaj. Odsuń się. Zadzwonię po saperów – powiedział Kaldak.

– To nie bomba. Wiedział, że to jako pierwsze ci się nasunie. – Zwilżyła wargi. – Rozzłościłam go. To nie ma mnie zabić. – Sięgnęła do pudła. – On chce mnie zranić, dotknąć.

Odepchnął jej rękę.

– Ja to zrobię.

Ostrożnie podniósł pokrywkę.

W środku leżała biała, bawełniana dziecięca bluzka ze znakiem szkoły na kieszeni. Szkoły Julie. Bess wielokrotnie widziała siostrzenicę w tej bluzce. Pod kieszenią widać było ciemnoczerwoną plamę.

Krew. Bess przeszył nagły strach.

– Julie.

– Spokojnie. – Kaldak położył dłoń na jej ramieniu. – Właśnie o to mu chodziło.

– Ależ to bluzka Julie.

– Przecież Julie nie zabierałaby szkolnego mundurka pod namiot, prawda?

– Ogarnęła ją taka ulga, że ugięły się pod nią kolana, Nie. Nosiła ją wyłącznie do szkoły.

– Czyli ktoś się włamał do mieszkania Emily i ją stamtąd zabrał. Esteban nie ma Julie, Bess. Nie skrzywdził jej.

A mimo wszystko… Groźba Estebana leżała między nimi niczym płonąca obręcz. Najpierw Emily, teraz jej córka.

– Jest poza jego zasięgiem. A nasz człowiek czeka na nich w leśniczówce. Esteban jej nie dopadnie.

Ale jak długo jeszcze pozostanie poza jego zasięgiem? Kaldak delikatnie odciągnął Bess od pudełka.

– Dam bluzkę do laboratorium i każę zbadać plamę. To pewnie zwierzęca krew.

– Nie, ludzka. Nie zdjąłby mi ciężaru z ramion.

– Ale nie Julie, Bess. Chciał tylko ci udowodnić, że tutaj nie znajdujesz się poza jego zasięgiem. Gdybyś się zgodziła, zabrałbym cię do bezpiecznego domu i…

– Wiem, czego chciał.

I powiodło się. Ta bluzka przeraziła ją i zraniła.

– Jego cholerne ego cierpi, bo nie może zabić byle kobiety. – Zakipiała w niej złość. – Jeszcze mu pokażę.

– Nie pojedziesz?

– Żeby wygrał? Wiedział, że udało mu się mnie wystraszyć i zmusić do ucieczki? Cieszę się, że go rozzłościłam. A jeśli jeszcze bardziej go rozwścieczę, sam przyjedzie. Dowiedz się, dlaczego agent, który miał pilnować domu Emily, dopuścił, żeby zabrano bluzkę. I niech Ramsey zostawi w leśniczówce więcej niż jednego człowieka.

– Tego nie musiałaś mi mówić.

– Owszem, musiałam. Julie i Tomowi nic się nie może przytrafić. O Boże, krew na tej bluzce…

– Słyszysz?

– Słyszę – odparł cicho. – Zadzwonię do Ramseya i obsztorcuję go, że dopuścił do takiej sytuacji.

Zdenerwowana skinęła głową.

– I nie zapomnij mu powiedzieć…

– Wiem, co mu powiedzieć. Oczywiście, że wie.

– Przepraszam, tylko…

– Tylko jesteś tak cholernie uparta, że nie dasz się zabrać z tego przeklętego miasta, chociaż boisz się jak diabli – odparował.

Była przerażona. Zaledwie parę minut temu gniew i otumanienie chroniły ją niczym zbroja. Ale Esteban przeszył tę zbroję strzałą strachu.

– To nie była krew Julie – powiedział Yael następnego ranka przez telefon. – Dostaliśmy dane od jej lekarza i grupa krwi nie zgadza się z tą z bluzki.

Ogarnęła ją ulga.

– Dzięki, Yael.

– Niepiękna niespodzianka. Jak się czujesz?

– Jestem wściekła. – I przerażona. Nadal była przerażona. – Jak sam powiedziałeś, niepiękna niespodzianka.

Odłożyła słuchawkę i popatrzyła na Kaldaka.

– Inna grupa krwi. – Włożyła kurtkę i sięgnęła po aparat. – Idziemy.

– Wychodzisz z domu?

– Nic się nie zmieniło.

Przyjrzał jej się uważnie.

– Nie mogę okazać, że mnie zranił. – Ruszyła do drzwi. – Nie dam mu tej satysfakcji.


Kolejne zdjęcia. Jeszcze go nie wyróżniła, ale musiała mieć co najmniej na sześciu fotografiach.

Nie powinien się przejmować. Kto go rozpozna?

Ale to go nękało. Pilnował, żeby od czasu, gdy przybrał nazwisko Marco De Salmo, nikt nie robił mu zdjęć. Fotografie są niebezpieczne. Ludzie zapamiętywali twarz, nawet jeśli nie rozpoznaliby całej reszty, a dzisiaj z fotografiami można robić najróżniejsze rzeczy.

Czy ona kiedyś wreszcie przestanie pstrykać? Sądził, że na ulicy szybciej jej dopadnie, ale Kaldak nieustannie się przy niej kręcił, obserwując. Nie sposób się do baby zbliżyć, a Esteban zaczyna się niecierpliwić. Chyba trzeba będzie wrócić do pierwotnego planu i załatwić ją w domu.

Niezależnie od tego, gdzie to zrobi, nie może zostawić zdjęć. Będzie musiał się dostać do środka i je zabrać.


– Zadowolona? – warknął Kaldak, gdy wracali do domu. – Łaziliśmy po mieście ponad dwie godziny. Chcesz im stworzyć idealne warunki do tego, żeby cię skasowali?

Nie odpowiedziała. Już wcześniej zauważyła, że ilekroć wychodzą na ulicę, Kaldak jest napięty jak struna.

Otworzył drzwi domu.

– Więc?

Nie odpuści jej. Weszła na stopień.

– Nic się nie stało. Chyba zrozumiał, że nie…

Szczury.

Tuziny. Olbrzymich.

Na schodach przed nią. I za nią. Miotające się po stopniach.

Wzdrygnęła się, kiedy jeden przemknął jej po nodze.

– Jazda.

Kaldak chwycił ją za rękę i ściągnął ze schodów z powrotem na ulicę.

Szczury wypadły przez drzwi na chodnik. Następny otarł jej się o nogę.

Przez ulicę biegł agent Peterson.

– Co się stało?

– Jak, do cholery, one się tu dostały? – spytał Kaldak.

– Nikt nie wchodził do budynku. Obserwowałem…

– Zabierz je z klatki schodowej. Peterson zniknął w środku.

– Nienawidzę szczurów. Są ohydne… – Cała się trzęsła. – Esteban? Skinął głową.

– Jeśli wziąć pod uwagę jego życiorys, to stawiałbym na niego. Chciałby cię uraczyć swoim najgorszym koszmarem.

Zamknęła oczy.

– Dobrze się czujesz?

– To tylko szok. – Otworzyła oczy i ruszyła do domu. – Muszę iść na górę. Zadzwoni. Będzie chciał wiedzieć, jak zareagowałam.

Minęła agenta, który walczył ze szczurami, usiłując je przegonić z domu, po czym otworzyła drzwi mieszkania.

Kaldak deptał jej po piętach i odsunął ją na bok.

– Muszę najpierw sprawdzić mieszkanie. Ten agent spartaczył robotę.

Telefon zadzwonił, gdy Kaldak wychodził z ciemni.

– Ja odbiorę.

– Nie, chce rozmawiać ze mną. Ja też chcę z nim porozmawiać.

– Ach, wreszcie wróciłaś. Dzwonię już trzeci raz – odezwał się Esteban, gdy podniosła słuchawkę. – Podobała ci się ta mała niespodzianka?

– Słaba próba. Wiedziałam, że nie dopadłeś Julie – odparła.

Bądź spokojna. Nie okazuj strachu i obrzydzenia.

– A jeśli chodzi o szczury… Nie przeszkadzają mi. Lubię szczury. W dzieciństwie nawet jednego hodowałam.

Cisza.

– Kłamiesz.

– Był biały, nazywał się Herman. Mieszkał w klatce z młynkiem i malutkim…

Rozłączył się.

– Naprawdę miałaś w dzieciństwie szczura? – spytał Kaldak.

– Oszalałeś? Nie znoszę ich. – Głośno odetchnęła. – Ale chyba to kupił.

– Jeśli tak, to jeszcze bardziej cię znienawidzi. Teraz idziesz ręka w rękę z jego nemezis.

Rozległo się stukanie do drzwi. Kaldak otworzył. Przyszedł Peterson i Kaldak zawołał do Bess przez ramię:

– Zaraz wracam. Muszę coś sprawdzić.

Cieszyła się, że sobie poszedł. Nie chciała, żeby widział, jak bardzo nią wstrząsnął ten ostatni atak. Potrzebowała chwili, żeby wrócić do siebie. Cholera, potrzebuje przynajmniej roku.

Najpierw pośredni atak poprzez bluzkę Julie, teraz bezpośredni szczurami.

– W ścianie od strony bocznej uliczki wywiercono dziurę – oświadczył Kaldak, wróciwszy. – Mogli to zrobić w każdej chwili, Peterson niczego by nie zauważył ze swojego stanowiska. – Zacisnął usta. – Teraz tam też postawimy człowieka.

– Tamtędy je wpuścili?

Przytaknął.

– Była tam wetknięta rura. Kiedy wyszliśmy, wpuszczono szczury, żeby urządziły nam powitanie.

– De Salmo?

– Albo któryś z innych ludzi Estebana. De Salmo jest ekspertem, a to była drobna robota.

Dla niej nie taka znowu drobna. Z takich rzeczy tka się koszmary.

– Jeśli ci to nie odpowiada, wiesz, co możesz zrobić.

– Zamknij się, Kaldak. Nigdzie się nie ruszę.

– Z wyjątkiem jutrzejszego spacerku po okolicy.

– Zgadza się.

– Genialnie – warknął. – Po prostu genialnie.

Następnego popołudnia rzuciła mu na niski stolik kolejną porcję odbitek.

– Proszę. Zobacz, co uda ci się z tego zrobić. Przerzucał zdjęcia.

– Aleś tego napstrykała.

– Cztery filmy. Chciałam być pewna, że go uwieczniłam, o ile tam był. – Opadła na fotel. – No i?

– Jak na razie nic. Muszę uważniej je obejrzeć.

– Możemy znowu pójść na spacer – zaproponowała rozczarowana.

– Nie! – Błyskawicznie zaczął z powrotem przerzucać zdjęcia. - Ulice za bardzo się zaludniają. Możliwe, że więcej nie uda nam się wyjść.

– Jeszcze czego.

– Koniec dyskusji – uciął. – Do cholery, robi się niebezpiecznie. Zostajemy na miejscu.

Nie wpadaj w gniew. Utrzymaj beztroski ton.

– A co z rakietą przez okno i kobrą w łazience?

– To zostaw mnie.

– Ustaliliśmy, że ryzyko nie jest znowu takie duże. – Pochyliła się ku niemu, marszcząc brwi. – To bez sensu, Kaldak.

– Niczego nie ustaliliśmy i mówię jak najbardziej z sensem. Chciałaś, żebym cię utrzymał przy życiu. Właśnie to robię.

– Wychodziliśmy codziennie i na razie nic się nie stało.

– Więcej już nie wyjdziemy.

– Dlaczego właśnie teraz się sprzeciwiasz? Co się zmieniło?

– Sądziłem, że zdecyduje się na ruch i go załatwię. Ale on bawi się z nami w kotka i myszkę.

– Więc podejmijmy grę. A na razie dalej będę robić zdjęcia, żebyś…

– Nie, to zbyt ryzykowne.

– Wcześniej tak nie uważałeś.

– Cholera, ale teraz uważam. – Rzucił fotografie na podłogę. – Po prostu rób, co ci każę.

Wybuchnął jak wulkan, całkowicie ją zaskakując. Widywała go już w gniewie, ale zawsze ten gniew był zimny, kontrolowany. Tego wybuchu nie sposób nazwać chłodnym. Mężczyzna, który przed nią teraz stał, w niczym nie przypominał znajomego Kaldaka.

– Co się stało, Kaldak?

– A co się nie stało? Esteban próbuje nakarmić tobą szczury, w każdej chwili może paść cios, Ramseyowi nie udało się znaleźć Morriseya ani Estebana, a De Salmo tylko czyha na mój błąd, żeby cię dopaść.

– Może w ogóle go tu nie ma. Może wasz informator się mylił.

– Jest tu. – Kiwnął głową w stronę zdjęć na podłodze. – Tylko, że nie mogę skurwiela rozpoznać.

– Widziałeś go tylko raz, z daleka.

– Powinno coś być… Jakiś sposób…

Uklękła, żeby zebrać zdjęcia. Natychmiast znalazł się obok niej.

– Ja je porozrzucałem, ja pozbieram.

– Kolejna złota zasada twojej matki?

– Nie, moja. Jeśli coś się rozwaliło, trzeba to naprawić. – Odłożył fotografie na stolik. – Albo chociaż spróbować naprawić. Czasem nie daje się skleić rozbitego dzbana.

– Cóż, w tym konkretnym wypadku nie narobiłeś aż takich szkód. Nie patrzył jej w oczy.

– Przepraszam.

Nim zdążyła zareagować, zniknął w kuchni.

Загрузка...