6.

Szczury.

Esteban zerwał się z pryczy.

Nie!

Ani śladu szczurów. To tylko koszmar. Esteban był zlany potem, cały się trząsł. W nozdrzach czuł zapach śmieci i zgnilizny.

Czemu te szczury nie zostawią go w spokoju?

Wstał i nago podszedł do miednicy z wodą, żeby spryskać sobie twarz. Szczury już od bardzo dawna go nie prześladowały. Coś musi się za tym kryć.

Ta cała Grady. Koszmar najpierw wrócił następnej nocy po jej ucieczce z Kaldakiem. Kiedy on wreszcie znajdzie i zabije tę babę, szczury pierzchną do swoich nor.

Podszedł do płachty namiotu i zapatrzył się w mrok. Gdzieś tam kryła się Bess Grady. Blisko. Instynkt rzadko go zawodził, gdy ofiara znajdowała się w pobliżu.

Do diabła z ciemnościami. Nie może zwlekać do świtu.

– Pobudka, Perez! – krzyknął, wciągając ubranie. – Obudź ludzi. Za dziesięć minut wyruszamy.


– Możemy się tu zatrzymać i parę minut odpocząć. – Kaldak zrzucił plecak. – Lepiej przewiń dziecko i daj mu wody.

– Oczywiście, że to zrobię – zaperzyła się Bess. – Nie musisz mi mówić. Bez ciebie też całkiem nieźle sobie radziłam.

– Przepraszam. Chyba przywykłem do wydawania poleceń.

– Tego też mi nie musisz mówić.

W ciągu ostatnich ośmiu godzin raz po raz na własnej skórze doświadczała tego nawyku Kaldaka. Wszystkie decyzje podejmował sam i robił to z łatwością, bez wahania, kierując każdym jej ruchem i krokiem.

– Jesteś na mnie zła. – Uniósł brwi. – Dziwne, że wcześniej mi tego nie okazałaś.

– Nie lubię, gdy się mnie sprowadza do roli bezwolnego narzędzia. – Skończyła przewijać Josie i wyciągnęła rękę po wodę. – Ale tutaj ty jesteś ekspertem. Nie ulega wątpliwości, że wiesz, co robisz. Postąpiłabym idiotycznie, sprzeczając się z tobą.

Kaldak zatrzymał wzrok na Josie.

– Bardzo grzeczne dziecko.

– Tak, to prawda – przyznała Bess, łagodniejąc.

Jeszcze trochę napoiła dziewczynkę, potem otarła jej czoło i szyję, następnie to samo zrobiła ze sobą. Choć małe biedactwo było zgrzane i spocone, a na karczku pojawiały mu się potówki, w drodze tylko parę razy zakwiliło. Josie to istny cud.

Czule odgarnęła maleństwu włosy z buzi. Josie uśmiechnęła się do niej i Bess nie mogła się oprzeć, żeby jej nie przytulić.

– Masz dzieci?

Zaprzeczył ruchem głowy.

– A ty?

– Nie, ale zawsze przepadałam za dziećmi. – Uśmiechnęła się. – Emily ma córkę, Julie, prawdziwa kokietka. Gdy była w wieku Josie, wyglądała jak z obrazka. Rude włoski i ryk, który omal nie rozsadzał domu. Nie była taką spokojną istotką jak Josie.

– Josie też nie może narzekać na płucka.

– Ale wykorzystuje je, żeby dać znać o swoich potrzebach; Julie zaś zwykle krzykiem umacniała własną pozycję. Pamiętam, jak kiedyś zabraliśmy ją nad jezioro i tam zobaczyła…

Wielkie nieba, widocznie naprawdę jest zmęczona. Co ona wygaduje? I to jeszcze do Kaldaka.

– Przepraszam, ciebie to nic nie obchodzi.

– Obchodzi. – Wstał. – Wypoczęłaś? Możemy ruszać?

– A gdybym powiedziała, że nie?

– I tak kazałbym ci iść.

– Tak przypuszczałam – odparła sucho, biorąc Josie na plecy. – Jestem gotowa. – Wzrokiem ogarnęła wzgórza z tyłu. – Sądzisz, że tamci są blisko?

– Bliżej, niżbym sobie życzył. Dwie godziny po wyjściu zauważyłem ich pierwszy raz.

– Dlaczego mi nie powiedziałeś? – spytała zaskoczona.

A po co cię miałem niepokoić? Było jeszcze ciemno i kiepsko im szło. Parę razy zmieniłem trasę, aż w końcu ich zgubiłem. – Zmarszczył brwi. – Nie spodziewałem się, że ruszą przed świtem. Esteban nieźle im daje w kość. – Ruszył ścieżką. – Chce cię dopaść. Gniewnie zacisnęła usta.

– Ale nie dopadnie. Ile nam jeszcze zostało do przejścia?

– Parę godzin, nim będziemy na tyle bezpieczni, żeby użyć radia i ściągnąć śmigłowiec. A potem ze dwie godziny do miejsca spotkania.

Ulga zalała ją niczym fala. Więc już niezbyt długo.

– Dzięki Bogu.

– O tak, i mnie oczywiście. Wielkie nieba, Kaldak się uśmiechał! Odpowiedziała uśmiechem.

– Oczywiście.


Esteban popatrzył na ślady.

– Dwoje?

Perez potaknął.

– Joauin twierdzi, że jest z nią mężczyzna. Rosły. Musiał się przyłączyć ubiegłej nocy. Przedtem były ślady tylko jednej osoby. – Obejrzał się przez ramię. – Benito czegoś ode mnie chce. Czy mogę się odmel…

– Idź.

Miała pomoc. Ta suka miała pomoc.

Kaldak? Jest rosły.

Tak, pewnie on. Już wcześniej udowodnił, jak świetnie potrafi się poruszać po tych wzgórzach. Jeśli naprawdę jest z tą babą i jeśli pracuje dla CIA, może ściągnąć pomoc.

O ile on, Esteban, ich nie dopadnie, nim opuszczą wzgórza.

Wrócił Perez.

– Przechwyciliśmy sygnał radiowy.

– Gdzie? – spytał Esteban.

– Południowy zachód. Niecałe dziesięć kilometrów stąd.

A więc opuścili wzgórza i ściągają pomoc. Najprawdopodobniej śmigłowiec.

Niech to szlag.

– Dorwać ich.


Bess potknęła się i podparła, żeby nie upaść.

– W porządku? – spytał Kaldak, nawet się nie oglądając.

Nie, nie było w porządku. W ciągu ostatniej godziny Kaldak zaostrzył tempo, była wykończona, zgrzana, chwyciła ją kolka.

– Nie możemy odrobinę zwolnić? – Nie.

– Dlaczego? Przecież jesteśmy już blisko, prawda?

– Blisko nie znaczy bezpieczni.

– Trzeba przewinąć Josie.

– Musi poczekać. Szybciej.

Ostatnie słowo powiedział z takim napięciem, że automatycznie przyśpieszyła kroku. Zerknęła przez ramię.

– Co się stało? Są blisko?

– Cały czas byli blisko, a na pewno przechwycili sygnał. Josie zapłakała.

Biedulka.

– Ile jeszcze będziemy iść?

– Z godzinę. Esteban jest najprawdopodobniej o jakieś dwadzieścia minut za nami.

– A jeśli śmigłowiec nie będzie czekał?

Kaldak nie odpowiedział.

Nie musiał.


Poniżej, w dolinie, w świetle zapadającego zmierzchu lśnił śmigłowiec w barwach wojskowych. Wyglądał pięknie.

Dzięki nadziei, która wstąpiła w serce Bess, nogi same przyśpieszyły kroku.

– Jest! Zaraz będziemy… Kula świsnęła jej koło ucha.

– Szlag.

Kaldak chwycił ją za rękę, zmuszając do pochylenia. Potknęła się o darń, chwyciła równowagę.

Drugi strzał. Pryskające w górę grudki ziemi przed nią.

Obejrzała się przez ramię.

Żołnierze. Wylegli na zbocze.

Drzwi śmigłowca czekały otwarte.

Kolejny strzał.

Drgnęła, czując w boku przenikliwy ból.

Dotarli do samolotu. Kaldak pchnął ją na podłogę i wskoczył za nią.

– Dawaj, Cass! – krzyknął.

Drzwi były jeszcze otwarte, gdy śmigłowiec wzbijał się do góry.

Jeden z wojskowych podskoczył i chwycił się płóz. Kaldak nadepnął mu na rękę i mężczyzna spadł na ziemię.

Kule dudniły o śmigłowiec.

A jeśli trafią w zbiornik paliwa?

Wreszcie. Są już wysoko nad ziemią. Tu kule ich nie dosięgną.

Popatrzyła na Kaldaka. Skinął głową. Ulga sprawiła, że nogi ugięły się jej w kolanach.

– Krwawisz. – Spoglądał na jej bluzkę. – Dostałaś?

– W bok. Nic wielkiego. Chyba tylko draśnięcie. Zaraz się… O Boże.

Josie zapadła w podejrzany bezruch.

Bess błyskawicznie rozsupłała koc. Był zakrwawiony.

Josie.

– Sukinsyn. Sukinsyn. Sukinsyn. – Łzy płynęły jej po policzkach. – Strzelali do niej. Postrzelili Josie. – Kula, która ją musnęła, musiała przeszyć ciało dziewczynki. – Przeklęci dzieciobójcy.

– Nie żyje?

– Właśnie sprawdzam. Rana. Krew. Za dużo krwi.

– Żyje. Ledwo.

– Uratujemy ją?

– Nie wiem. Znam się na pierwszej pomocy, ale nie jestem lekarzem. Może. Jeśli uda mi się powstrzymać krwotok. – Szybko uwijała się przy dziecku. – Zawieź ją do szpitala.

– Nie mogę was wystawiać na ryzyko. Wylądujemy dopiero…

– Przestań gadać. Guzik mnie obchodzi, dokąd nas zabierzesz. – Popatrzyła na niego surowo. – Po prostu odstaw mnie do jakiegoś szpitala, gdzie uzyskam dla niej pomoc.

Kaldak skinął głową.

– Znajdę coś. Przeszedł do kabiny.

– Sukinsyn – powtórzyła.

Nie mogła pohamować łez. Przysięgała sobie, że już nigdy nie dopuści, by serce tak jej krwawiło. A tymczasem – znowu było to samo, bolało nawet bardziej niż kiedykolwiek.

– Trzymaj się, Josie – szepnęła. – Za dużo udało nam się razem przejść. Nie zostawiaj mnie teraz, dziecino.

– Niedługo lądujemy. – Kaldak wrócił. – Jak się czuje?

– Nieprzytomna. Udało mi się powstrzymać krwotok. Chyba, że jest jeszcze wewnętrzny. Gdzie jesteśmy?

– Nad Zatoką Meksykańską. Zlokalizowałem lotniskowiec, USS „Montana”. Mają lekarza i pełne wyposażenie medyczne. Za dziesięć minut powinniśmy wylądować. – Zawrócił do kabiny pilota. – Albo runąć.

– Jak to?

– Lotniskowce nie lubią nieproszonych gości. Mamy z nimi pewne kłopoty, grożą, że nas zestrzelą. – Obejrzał się przez ramię. – Nie przejmuj się. Ja się tym zajmę.

Mocniej przytuliła Josie. W tej chwili potrafiła się martwić wyłącznie o dziecko. Niech Kaldak zajmie się resztą.


Esteban zaciskał pięści, patrząc na znikające w górze światła śmigłowca.

Uciekła. Wymknęła mu się.

Nie.

Wciągnął powietrze. Głęboko, urywanie.

Kaldak mu ją zabrał. Pewnie sobie wyobraża, że ta suka jest już poza zasięgiem Estebana.

Myli się. Każdą ofiarę zawsze się kiedyś dopadnie. Odnajdzie ją.

– Ściągnij tu telegrafistę, Perez.

Ta kobieta musi umrzeć. Nie ma człowieka, którego nie dałoby się jakoś dosięgnąć.


Bess ukryła twarz w dłoniach. Czuła się całkowicie bezradna.

– Co z dzieckiem?

Podniosła wzrok i zobaczyła Kaldaka, który stanął obok niej, przy łóżku Josie.

– Doktor Caudill zrobił, co w jego mocy – odparła ze znużeniem. – Jego zdaniem, został uszkodzony kręg, ale nie jest specjalistą.

– Chcesz, żebym ściągnął specjalistę?

Uśmiechnęła się krzywo.

– Porwiesz go i przywieziesz na lotniskowiec? Kiepski pomysł. Kapitan Hodgell wcale nie był zachwycony, że tu wylądowaliście. Rzeczywiście, mieliśmy ogromne szczęście, że nas nie zestrzelili.

– W końcu nie wiedzieli, czy śmigłowiec nie jest nafaszerowany dynamitem. – Wzruszył ramionami. – Na więcej wtedy nie było mnie stać.

– To było bardzo dużo. Dziękuję.

– Ty rozkazujesz. Ja słucham. – Przykucnął przed nią. – Nie odpowiedziałaś. Chcesz, żebym poleciał po specjalistę?

Pokręciła głową.

– To może poczekać. I tak nie można operować, póki mała nie będzie w lepszej formie. Może w ogóle z tego nie wyjść, Kaldak.

– Kiedy będziesz wiedziała?

– Za godzinę, dwie. Jeśli jej stan się ustabilizuje…

Popatrzył na dziecko, leżące w prowizorycznym łóżeczku, przerobionym ze szpitalnego.

– Ocknęła się?

– Nie. – Próbowała zapanować nad głosem. – Może już nigdy więcej się nie przebudzić.

– Coś mi mówi, że się przebudzi. Doszła tak daleko. Przeżyła Tenajo. Moim zdaniem, śmierć nie jest jej pisana.

– A kula była jej pisana? – odparowała Bess. – To maleństwo. Bóg nie powinien dopuszczać, by coś takiego…

– Ciii… – Przykrył dłonią jej rękę. – Nie oskarżaj Boga. Raczej Estebana.

– Obwiniam Estebana. Najchętniej bym go spaliła na stosie.

– To całkowicie zrozumiałe. – Wypuścił jej rękę, wyprostował się i ruszył do drzwi. – Zaraz wrócę. Powinnaś coś zjeść, ale wiem, że cię nie zmuszę, więc przyniosę, chociaż kawę. Przed nami może być długie czekanie.

– Nie musisz czekać ze mną. Nic nie poradzisz.

Zatrzymał się w drzwiach.

– Nie robię tego dla ciebie. Sądzę, że Josie będzie wiedziała, że tu jestem. Zaraz wracam.

Dopiero po czterech godzinach funkcje życiowe Josie się ustabilizowały. Godzinę później otworzyła oczy.

– Uśmiecha się – szepnęła zdumiona Bess.

– Mówiłem ci, że ona chce przeżyć. – Kaldak musnął policzek niemowlęcia. – Niektóre rzeczy są nam pisane.

– Nie mam nastroju do filozofowania. Ciągle jeszcze nie wiem, czy w ogóle kiedyś postawi pierwszy krok.

Ale w duszy kipiały jej ulga i radość. Przynajmniej Josie przeżyje.

– Doktor Caudill twierdzi, że najlepszym specjalistą od uszkodzeń kręgosłupa jest doktor Harry Kenwood ze szpitala Johnsa Hopkinsa – powiedział Kaldak. – Załatwiłem awionetkę, która jutro rano nas tam zawiezie.

– Serio?

– A teraz naprawdę powinnaś już coś zjeść. – Zmarszczył nos. – I wziąć prysznic. Josie może się pogorszyć, gdy odzyska przytomność na tyle, żeby poczuć twój zapach.

– Dziwne, że wytrzymałeś za mną tyle godzin – burknęła.

– Potraktowałem to jak ćwiczenie samodyscypliny. – Odwrócił się od niej. – Idź się umyć. Przyślę pielęgniarkę, żeby popilnowała Josie, potem skombinuję ci jedzenie i czyste ubranie.

– Czekaj. Obejrzał się na nią.

– Emily… Pokręcił głową.

– Skontaktowałem się z naszymi ludźmi w Meksyku. Ani znaku życia. Ale jeśli idzie pieszo, to mogła jeszcze nie dotrzeć do wybrzeża.

– Więc muszę po nią wrócić.

– Nie.

Zaskoczyła ją ta błyskawiczna, ostra odpowiedź. Nie odzywał się do niej w ten sposób od Tenajo.

– Nie zostawię jej.

– Nikt nie twierdzi, że ją zostawisz. – Zerknął na dziecko. – Chcesz porzucić Josie, nie wiedząc, w jakim naprawdę jest stanie?

Bess poszła za jego wzrokiem. Była rozdarta – dokładnie tak jak przewidział Kaldak.

– Wiesz, że nie. Ale muszę tam pojechać. Ty weźmiesz Josie do…

– Teraz mi ją oddajesz? Do tej pory nawet nie pozwalałaś mi jej dotknąć.

– Nie mogę zostawić tam Emily.

– Na miłość boską, Esteban dorwie cię, ledwo postawisz stopę w Meksyku.

– Pójdę do ambasady i…

– Dobra, porozmawiamy o tym później. Muszę się zastanowić. Może znajdę rozwiązanie.

Odprowadziła go wzrokiem. Jeśli potrafi je znaleźć w tej sytuacji, to Salomon nie dorasta mu do pięt – pomyślała ze znużeniem. Choć przecież udało mu się ją wyrwać z Meksyku i uratować Josie, znajdując dla niej lekarza. Może sprawi i ten cud.

Dwie godziny później zastukał do drzwi maleńkiej kajuty, którą dla niej wygospodarowano.

– Chodź. Idziemy do radiotelegrafisty. Udało mi się załatwić rozmowę z kimś.

Ze ściągniętymi brwiami ruszyła za nim.

– Z kim?

– Z Yaelem Nablettem. To jedna z moich wtyczek z Meksyku. – CIA?

– Nie, wywiad izraelski. Czasem wspólnie pracują nad pewnymi zadaniami.

– Nad tym zadaniem też?

– Przede wszystkim nad tym. – Zerknął na nią. – Nie mogę cię puścić z powrotem do Meksyku, Bess. Zostawiłaś po sobie za dużo wzburzonych fal.

– Świetnie. A co złego w poinformowaniu o nich meksykańskiego rządu?

– Na razie nikt jeszcze nie może wiedzieć o Tenajo. To mogłoby wywołać nieprzyjemną reakcję ze strony Estebana.

– Chyba, że najpierw schwytałaby go policja.

– Nikła szansa. Ma informatorów na każdym szczeblu władzy. Zresztą nie jest sam. Nie wiemy, czy tamci nie zareagują po zatrzymaniu Estebana.

– Kto by zareagował?

– Habin, palestyński terrorysta, przebywający w Libii. I niewykluczone, że nawet byś nie dotarła do policji. Jesteś na czarnej liście Estebana. A znajdzie się wielu łajdaków, którzy chętnie oddadzą przysługę dobremu pułkownikowi.

– Tym bardziej powinnam wyciągnąć stamtąd Emily.

Odwrócił wzrok.

– Może uda jej się wydostać samodzielnie. To ci nie przyszło na myśl? Jeśli udało jej się uciec Estebanowi, to jak na razie nieźle sobie radzi.

– Nie wie o Estebanie.

– Czy jest inteligentna?

– Oczywiście! Bardzo. A co to ma do rzeczy?

– Myślisz, że po Tenajo komukolwiek by zaufała? Ty nie ufałaś. Ocknęłaś się w szpitalu, tryskając energią i chęcią odwetu na każdym, kto ci się nawinie pod rękę.

– Może pójść na policję, a sam powiedziałeś, że to się równa podpisaniu na siebie wyroku śmierci.

– Ale najpierw musi się przedrzeć przez góry.

– Czyli powinnam tam pojechać i jej pomóc. Ja przez nie przeszłam. Zdążyłam je poznać.

– Ale to się wiąże z ryzykiem.

– Nie mam wyboru.

– Owszem, masz. – Zawiesił głos. – Możesz pozwolić, żeby najpierw poszukał jej Yael. Mogę załatwić, żeby przeprowadził dyskretny wywiad, a gdy znajdzie Emily, żeby ją przeszmuglował do kraju.

Powiedział: „gdy”, nie „jeśli”, i to rozróżnienie sprawiło, że po raz pierwszy od chwili, gdy usłyszała od Estebana, że Emily nie żyje, wstąpiła w nią otucha.

– Naprawdę? Potrafiłby ją znaleźć?

– Skontaktuję się, każę mu natychmiast wszcząć poszukiwania. Za parę dni Emily mogłaby już być po naszej stronie granicy.

To brzmiało zbyt pięknie, by mogło być prawdziwe – i pewnie tak należy na to spojrzeć.

– Skąd wiesz, że ją znajdzie?

– Nie wiem, ale jeśli Emily żyje, mamy jakieś osiemdziesiąt procent szans. Widziałem Yaela przy pracy. Może nie znajdzie igły w stogu siana, ale z pewnością będzie tego bardzo bliski.

Osiemdziesiąt procent. Wolałabym sto. To za mało.

– To o siedemdziesiąt pięć procent więcej, niż gdybyś ty sama tam pojechała. Nie bądź głupia. Jeśli wrócisz, sprowadzisz na nią śmierć. Yael ją wyciągnie.

Patrzyła na niego z bezsilnym gniewem. To, co mówił, trzymało się kupy, ale nie chciała mu wierzyć. Nie chciała tkwić o setki kilometrów od siostry ze związanymi rękami.

– Mógłbyś się skontaktować z tym całym Yaelem, a ja bym się z nim spotkała, pomogła…

Kaldak kręcił głową.

– Dlaczego nie?

– Bo jeśli wrócisz, nie poproszę Yaela, żeby ci pomógł. Będziesz zdana na własne siły. – Zawiesił głos. – A twoja siostra zginie.

Wpatrywała się w niego z niedowierzaniem!

– Blefujesz. Skrzywił się.

Zgadza się. Nie mógłbym cię puścić samej. Ale nie kłamię o szansach twojej siostry. Im szybciej Yael zajmie się sprawą, tym szybciej zobaczysz Emily. Przemyśl to sobie.

Wszystko w niej burzyło się przeciwko jego propozycji. Emily zawsze była blisko, gotowa pomóc. Musi po nią pojechać.

Ale jeśli to zrobi, może ściągnąć na nią śmierć.

– Dam mu parę dni – oświadczyła wreszcie. – Jeśli nie wpadnie na jej trop, jadę tam sama.

– To może potrwać dłużej… Jeśli ona żyje.

– Przestań to powtarzać. Żyje. Emily to jedna z najsilniejszych osób, jakie znam. Powiadam ci, ona żyje.

– Spokojnie.

Głęboko zaczerpnęła tchu.

– Skontaktuj się z nim.

Po kilku minutach siedział już przy radiu i nakładał słuchawki. Po krótkim oczekiwaniu na linii odezwał się głęboki głos ze śladem obcego akcentu.

– Najwyższy czas. Czekałem, aż się odezwiesz, cholerny skurczybyku. Gotowy do podróży?

Bess słuchała tego z lekkim zaskoczeniem. W pogodnym głosie nie brzmiał ani cień strachu, który do tej pory wyczuwała u każdego, kto miał do czynienia z Kaldakiem, a w dodatku mężczyzna zwracał się do niego bez śladu respektu.

– Nie, skontaktowałem się z Cassem – odparł Kaldak. – Właśnie jesteśmy w drodze powrotnej.

– Jak poszło w Tenajo?

– Nie tego się spodziewaliśmy. Źle.

– Nie powiesz mi więcej?

– Nie teraz.

– Nie zostawiaj mnie z boku. Tak samo jak ty, marzę tylko, by ich dopaść.

– Teraz nie mogę rozmawiać.

– Wybuchła bomba z Estebanem? Kaldak zerknął na Bess.

– Można to tak określić.

– To dlaczego się ze mną nie skontaktowałeś?

– Mam dla ciebie inną robotę. Podejrzewamy, że na wzgórzach w okolicach Tenajo ukrywa się kobieta. Esteban zapewne jej szuka. Ty musisz znaleźć ją pierwszy.

Po drugiej stronie zapadło milczenie.

– Nie lubię zabijać kobiet, Kaldak.

– Nie ma sprawy. Po prostu znajdź ją i bezpiecznie przerzuć do Stanów.

Nablett westchnął.

– Paskudna robota. Łatwiej by było ją zabić. Jak szybko trzeba działać?

– Bardzo. Estebana pochłaniały inne sprawy, ale moje zniknięcie może dostarczyć mu bodźca.

– I kobieta jest ważna?

– Wyciągnij ją, Yael.

– Jak sobie życzycie, wasza królewska mość. Gdzie mam ją odstawić?

– Będziemy w kontakcie. To lekarka, doktor Emily Corelli. Jakieś metr sześćdziesiąt pięć…

– Metr siedemdziesiąt – wpadła mu w słowo Bess.

– Metr siedemdziesiąt, trzydzieści sześć lat, ciemne włosy i oczy, przystojna. Amerykanka, ale mówi po hiszpańsku.

– Świetnie. Wiesz, ile Meksykanek pasuje do tego ogólnego opisu? Gdyby na przykład miała twarz podobną do twojej, widziałbym jakieś szanse.

– Ale ona nie widziałaby ich dla siebie. Zostaw tę kobietę w spokoju. Na jego ustach igrał uśmieszek i Bess uświadomiła sobie, że Kaldak żartuje. Poczucie humoru całkowicie się kłóciło z tą twarzą i onieśmielającym zachowaniem. Ale w trakcie podróży zdążyła się przekonać, że jeśli chodzi o Kaldaka, to wiele rzeczy wygląda inaczej, niżby się z pozoru wydawało.

– Może nie będzie chciała współpracować. Skoro ucieka, to byłaby skończoną idiotką, gdyby komuś zaufała. Podrzucisz mi coś, co by ją przekonało?

– Spytam jej siostrę.

Kaldak spojrzał na Bess. Zamyśliła się.

– Jej córka, Julie, ma internetową koleżankę, Lindę Hankins. To jej najlepsza przyjaciółka.

Kaldak powtórzył informację.

– Ruszam w drogę – powiedział Yael Nablett. Nie pożegnał się, ale radio umilkło. Kaldak odwrócił się do Bess.

– Zadowolona?

Nie była zadowolona, chociaż Nablett robił wrażenie pewnego siebie.

– Tylko kilka dni.

– Dzięki – zwrócił się do radiotelegrafisty Kaldak, zdejmując słuchawki. Wziął Bess pod rękę i skierował w stronę drzwi. – Te parę dni pozwoli ci przynajmniej odstawić dziecko do szpitala i oddać w ręce doktora Kenwooda. Teraz zajrzyj do Josie, a potem idź spać. Awionetka przyleci dość wcześnie.

Ze znużeniem skinęła głową.

– Właśnie to zamierzałam zrobić. Przestaniesz w końcu mną dyrygować?

– Powiedziałem, że się tobą zajmę – odparł spokojnie. – I nie żartowałem.

Ruszyła przed nim wąskim korytarzem.

– Lepiej zajmij się moją siostrą. Dobranoc, Kaldak.

– Dobranoc.

Patrzył, jak Bess znika za załomem korytarza. Uniknął konfrontacji, ale tylko na jakiś czas. Nigdy więcej nie popełni tego błędu i zawsze będzie doceniał Bess. W tej chwili zamartwia się o dziecko i Emily, ale on będzie musiał postępować bardzo ostrożnie.

Zajmij się moją siostrą.

Chciałby móc jej to obiecać.

Kłamstwa, oszustwa, manipulacje. Naciśnij odpowiedni guzik, zmąć prawdę, przeinacz rzeczywistość. Boże, dość już ma tego.

Ale właśnie te zasady obowiązują i w razie konieczności będzie się do nich odwoływał.

Wrócił do kabiny radiotelegrafisty i znowu skontaktował się z Yaelem.

Szpital Johnsa Hopkinsa Wygląda tak samo jak w tamtej izolatce w San Andreas – szepnęła Bess, patrząc na Josie. – Ta aparatura…

– Doktor Kenwood twierdzi, że to konieczne. Trzeba ją wzmocnić. Straciła mnóstwo krwi – odparł Kaldak. – Twierdziłaś, że go lubisz i ufasz mu.

Skinęła głową.

– Ale chciałam, żeby od razu ją zoperował. Muszę wiedzieć, czy z tego wyjdzie.

– Powiedział, że ma duże szanse.

Chcę być pewna. Nie mogę czekać jeszcze tydzień. - Schyliła się i musnęła wargami czoło Josie. – On cię wyprowadzi na prostą, malutka. Cierpliwości.

– Jest na środkach przeciwbólowych i nieprzytomna. To ty się niecierpliwisz. – Kaldak łagodnie wyprowadził ją z pomieszczenia. – Chodź, przejdziemy do poczekalni. Musimy porozmawiać.

Natychmiast obrzuciła go badawczym spojrzeniem.

– Czy doktor Kenwood powiedział ci coś, co przede mną zataił?

– Nie. – Pchnął ją lekko na fotel. – To inteligentny facet. Nie odważyłby się.

Uspokoiła się.

– Przeraziłeś mnie.

– Mnie za to przeraża ta sytuacja. – Usiadł przy niej. – Wiem, że prosiłaś doktora Kenwooda, żeby załatwił dla ciebie łóżko. – Umilkł na chwilę. – Nie możesz tu zostać, Bess.

Spięła się wyraźnie.

– Jeszcze czego. Pokręcił głową.

– To zbyt niebezpieczne.

– Nikt nie wie, że tu jestem.

– Ale niedługo się dowiedzą. To tylko kwestia czasu. Esteban stworzył tu swoją siatkę. Będziesz musiała się ukryć. Zabiorę cię w bezpieczne miejsce.

– Nie zostawię Josie.

– Czyli wolisz skazać ją na śmierć? – odparował. – Bo to ją czeka. Jesteś świadkiem. Esteban chce twojej głowy. A póki trzymasz się blisko Josie, mała jest w niebezpieczeństwie. Tego chcesz?

– Wiesz, że nie tego.

– Zadzwoniłem do szefostwa i załatwiłem strażnika dla Josie w szpitalu, na wszelki wypadek, gdyby Esteban chciał ją wykorzystać na przynętę. Ale to na ciebie poluje. Jeśli się dowie, że nad nią nie czuwasz, może uznać, że mała się dla ciebie nie liczy. Bez ciebie Josie jest znacznie bezpieczniejsza. Daj jej szansę, Bess – dodał cicho. – Czeka ją jeszcze długa droga.

Bess zaszczypały pod powiekami łzy.

– Nie musi jej znaleźć.

– Chcesz ryzykować?

– Będzie zupełnie sama.

– Będzie dobrze strzeżona, poza tym Josie to kokietka. Pielęgniarki ani na chwilę od niej nie odejdą.

– Ale chcę…

Lecz jeśli pragnęła bezpieczeństwa dziewczynki, nie mogła robić tego, co chciała. Do licha, nie życzy sobie, żeby Kaldak miał rację.

– Żądam codziennego raportu. Słyszałeś? A co drugi dzień chcę rozmawiać z doktorem Kenwoodem. I lepiej, żeby była naprawdę bezpieczna, inaczej poderżnę ci gardło, Kaldak.

– Będzie bezpieczna. Daję ci na to słowo. Zaufaj mi.

Uświadomiła sobie, że rzeczywiście mu ufa. Skąd się to wzięło?

Przeprawa przez góry, noc, gdy czuwał przy Josie po operacji? Nieważne, jak się ta ufność narodziła, była. Bess wstała.

– Chcę się z nią pożegnać. Skinął głową.

– Dziesięć minut? Muszę jeszcze załatwić parę spraw.

Toż to idiotyzm, żegnać się z nią, pomyślała, patrząc na Josie. Niemowlę nawet nie wie, że ona tu jest.

– Wrócę – szepnęła. – Dobrze się tobą zajmą, ale ja muszę na trochę wyjechać. Będę o tobie myśleć. – Mrugała, żeby powstrzymać łzy. – Ty też o mnie myśl. Wiem, że pielęgniarki i lekarze wypełnią ci czas, ale pamiętaj, że to ja cię tu sprowadziłam.

Dłużej już nie mogła. Zaraz zacznie bełkotać jak dziecko. Na ślepo wypadła z pokoju, prosto na Kaldaka. Podał jej chusteczkę.

– W porządku?

– Nie. – Otarła łzy. – Zabierz mnie stąd. Dokąd jedziemy?

– Na lotnisko. Śmigłowiec już czeka.

– A potem?

– Atlanta.

– Do twojego zakichanego bezpiecznego miejsca?

Pokręcił głową.

– Jesteśmy w zawieszeniu. Muszę spotkać się z kimś, kto może nam pomóc. A bezpieczny dom nie jest jeszcze gotowy.

W zawieszeniu. Od dnia, gdy znalazła się w Tenajo, jej życie nieustannie wisiało na włosku.

– Nie zostanę w żadnym bezpiecznym domu, jeśli nie przywieziesz tam Emily.

– Zgoda, obiecuję. – Kaldak otworzył przed nią drzwi. – Kiedy tylko ją znajdziemy.

Загрузка...