3.

– Słyszałaś już o śmierci Noaha Smitha? – zapytał Charlie Dodd nazajutrz rano, kiedy Kate usiadła za biurkiem. – Musiałabym znaleźć się na dnie morza, żeby o tym nie słyszeć. Odkąd to się stało, radio i telewizja nie informują o niczym innym. To straszne.

– Liczba ofiar wzrosła do dziewięćdziesięciu dwóch. Niewidzącym wzrokiem wpatrywała się w leżące przed nią sprawozdanie.

– Co ze Smithem? Znaleźli już jego ciało?

– Nie, ale przeszukają cały czas zgliszcza. Muszą wykluczyć jego udział w podłożeniu bomb.

Poderwała głowę do góry.

– Jakich bomb?

– Nie czytałaś jeszcze porannej prasy? – Wskazał na gazetę rozłożoną na biurku. – Ktoś podłożył tam cztery bomby. Stąd ta eksplozja.

– Ale dlaczego? – Kate spoglądała na niego oszołomiona.

– Kto to wie? – Charlie wydął usta. – Kto wie, dlaczego nasz instytut pikietowany jest bezustannie przez czterdziestu rozjuszonych szaleńców? Na szczęście w Genetechu wzmacnia się ochronę. Szczęście, że nie przyjęłaś tamtej pracy, co? Niech to diabli, o czym ja mówię? Dobrze, że ja ci nie podebrałem tamtej posady.

Machinalnie przytaknęła ruchem głowy. Przed oczami miała nadal straszliwe sceny zniszczenia prezentowane przez CNN.

– Czy firma J. & S. nie prowadziła jakichś badań zleconych przez rząd?

– Myślisz o terrorystach? To i tak byłoby nie do wykrycia. – Usiadł przy swoim biurku. – W każdym razie poszukiwania prowadzone są znacznie bliżej.

– Co masz na myśli?

– Ubezpieczenie. Ostatni rok oznaczał dla J. & S. kłopoty finansowe. Dlatego właśnie przeczesują teraz zgliszcza w poszukiwaniu ciała Smitha. Wydaje im się, że mogą znaleźć jakiś wyraźny dowód…

– Naprawdę myślą, że on wysadził w powietrze fabrykę i siebie? To niedorzeczne.

Charlie obronnym gestem podniósł ręce do góry, udając, że przeraził go szorstki ton jej głosu.

– Posłuchaj, nie mam pojęcia, co się stało. Wiem tylko tyle, ile wyczytałem z gazet.

– Przepraszam. – Dopiero teraz zorientowała się, jak gwałtownie zareagowała. Ale samobójstwo byłoby poddaniem się, a Noah Smith, jakiego znała z rozmów telefonicznych, nie był typem człowieka, który daje za wygraną. – To nie w porządku. Ten człowiek nie żyje i nie może się bronić.

– Słyszeliście, co się stało z Noahem Smithem? – Do pokoju wbiegła Benny i stanęła przy biurku Kate.

– Już omówiliśmy całą sprawę – mruknął przeciągle Charlie i wzdrygnął się ostentacyjnie. – Dajmy temu spokój.

– Tak? Cóż… i tak nie miałam już ochoty o tym mówić. Ci biedacy… – Ściszyła głos, aby nie mógł jej usłyszeć Charlie. – Wczoraj wieczorem zadzwonił do mnie Michael. Na pewno nie masz nic przeciw temu, abym przyszła po południu na mecz?

– Na pewno.

– Wiesz chyba, jakiego mam bzika na punkcie Josha.

– Wiem. – Kate pragnęła, aby Benny poszła sobie wreszcie. Nie była teraz w odpowiednim nastroju do rozmyślania o jej związku z Michaelem. Czuła się roztrzęsiona i poirytowana, nie wiedziała jednak, czy to z powodu Noaha Smitha, czy samej siebie. – Spotkamy się na meczu.

– Dobrze. – Benny uśmiechnęła się. – Zobaczysz, jak wspaniale dopinguję.


– Byłem dobry, prawda? – pytał podniecony Joshua. – Widziałaś mój ostatni dublet?

– Widziałam. – Kate uklękła, aby pomóc mu włożyć kurtkę. – Stój spokojnie. Teraz, po zachodzie słońca, robi się chłodno. Widziałam wszystko. Byłeś bohaterem meczu.

Skrzywił się.

– Wcale nie. Przegraliśmy. Nie mogę być uważany za czołowego zawodnika, skoro moja drużyna przegrała.

– A jednak ja patrzę na ciebie jak na asa zespołu.

– To dlatego, że jesteś moją mamą. – Wyglądał mimo wszystko na usatysfakcjonowanego. – A co mówił tata?

– Zapytaj go sam. – Podniosła się i ujrzała Michaela i Benny; oboje szli w ich stronę, przedzierając się przez tłum rodziców. – Według mnie ma minę dumnego ojca.

– Wspaniała gra, chłopie. – Michael z szerokim uśmiechem klepnął syna po ramieniu. – Gdybyś miał trochę więcej wsparcia ze strony kolegów, starlibyście przeciwnika na proch.

– Ćśś… – Joshua zerknął z niepokojem na grupę przygnębionych kolegów. – Rory starał się, jak mógł.

– Przepraszam. – Michael zniżył głos. – Ale przewyższałeś ich o całą klasę, synu.

Benny poparła go.

– Kiedy odbiłeś tego dubleta, zerwałam się z miejsca i omal nie zepchnęłam twojej mamy z ławki. Buch! – Uśmiechnęła się. – Twój tata i ja wybieramy się do „Chucky Cheese” na pizzę. Może byś poszedł z nami?

Kate zesztywniała, rzuciła badawcze spojrzenie na Michaela. Niemal niedostrzegalnie pokręcił głową. Nie, to nie jego inicjatywa, on zaakceptował jej żądanie, aby posuwać się powoli. Benny wyszła z tą propozycją zapewne pod wpływem nagłego impulsu.

– Jasne. – Joshua spojrzał na Kate. – Mamo, a ty?

Pokręciła głową.

– Muszę popracować. Pojadę już do domu. Ale ty możesz iść na pizzę.

Joshua wyglądał na niezdecydowanego.

– Na pewno nie masz nic przeciw temu?

Zacisnęła dłoń na jego ramieniu.

– Na pewno. – Przeniosła wzrok na Michaela. – Przywieź go do domu przed dziewiątą. Jutro idzie do szkoły.

– Dobrze. – Spojrzał na nią ponad głową syna. – Dzięki. Chodź, Josh. – Ruszył na przełaj po trawie w stronę otwartego pola oznakowanego jako parking.

Benny uśmiechnęła się, pomachała do Kate i pobiegła za nimi.

Kate odprowadzała ich wzrokiem. Musisz się do tego przyzwyczaić. Tak będzie łatwiej dla Josha. Oto konsekwencje rozwodu. Zawsze jest ktoś, kto zostaje sam.

Joshua spojrzał za siebie.

Z wysiłkiem uśmiechnęła się i pomachała mu ręką. Nie odwzajemnił gestu. Nagle stanął w miejscu. Powiedział coś do Benny i puścił się pędem z powrotem.

– Zapomniałeś czegoś?

– Nie idę z nimi. – Wepchnął ręce do kieszeni kurtki. – Pojadę z tobą do domu.

– Dlaczego?

Spojrzał na nią z nachmurzoną miną.

– Po prostu jadę z tobą. Mam dość pizzy.

To było do niego niepodobne: Joshua nigdy nie miał dość pizzy.

– Benny i twój tata będą rozczarowani.

– Może pojadę z nimi następnym razem. Jedźmy już, dobrze? Tamci stali w miejscu, patrząc na nią, wreszcie Michael wzruszył z rezygnacją ramionami, wziął Benny pod ramię i ruszyli dalej w stronę parkingu.

Widocznie nie rozegrała tego należycie. Joshua musiał wyczuć, że czuje się samotna, stąd ta nieoczekiwana reakcja: nagły instynkt opiekuńczy wobec matki. Wolnym krokiem skierowała się do samochodu.

– Zanudzisz się w domu. Może jednak pobiegniesz za nimi? Benny cieszyła się tak bardzo, że spędzisz z nimi resztę wieczoru. Przecież ją lubisz.

Joshua szedł obok niej.

– Jasne, że ją lubię. Jest zabawna. – Patrzył prosto przed siebie. – Tata też ją lubi, prawda?

– Nawet bardzo – odparła Kate. – I dobrze, że tak. Był samotny.

– Nie masz nic przeciw temu, żeby ona… – Urwał w pół zdania.

– Byłabym egoistką, mając coś przeciw szczęściu twojego taty. – Doszła już do hondy i wyjęła z torebki kluczyki. – To samo odnosi się do ciebie. Dlatego sądzę, że mógłbyś pojechać z nimi do „Chucky Cheese”. Spędziłbyś miło czas. – Spojrzała na drugą stronę parkingu, gdzie Michael właśnie pomógł Benny zająć miejsce w swoim Ghevrolecie, zamknął drzwiczki i począł obchodzić auto, aby usiąść za kierownicą. – Jeszcze byś zdążył.

Chłopiec pokręcił głową.

– Zostanę z tobą.

Boże, miała już dość roli szlachetnej cierpiętnicy. Czy Michael nie może sam walczyć o swoje? Spróbuje jeszcze raz.

– Naprawdę nie mam nic przeciw temu, żebyś… Nagły podmuch cisnął ją z ogromną siłą na bok hondy.

– Mamo!

– Nic mi nie jest. – Wyciągnęła na oślep ręce, aby oprzeć się o maskę samochodu, potem odwróciła się do Josha, który gramolił się z ziemi. – Nie zrobiłeś sobie nic złego? Nie wiem, co się…

W odległości zaledwie paru kroków od miejsca, gdzie stali, dojrzała nagle drzwiczki od auta Michaela. Chevrolet płonął.

– Michael? – szepnęła.

Joshua, całkowicie oszołomiony, wpatrywał się w płonący wrak.

– Ale gdzie jest tata… – wyjąkał.

A potem z jego gardła wydarł się przeraźliwy krzyk.


– Jak się czujesz?

Kate podniosła wzrok i ujrzała na schodach trybuny Alana Eblunda. Przyciągnęła do siebie Josha, otuliła jego i siebie kocem. Zimno. Koc nie pomógł wiele, ale jednak stopniowo robiło jej się trochę cieplej. Przypomniała sobie niejasno, że ktoś podał im ten koc. Ach tak, matka Rory’ego. To miłe z jej strony. Wszyscy byli dla niej mili.

Alan usiadł obok niej.

– Wiesz chyba, co czuję, Kate. – Mówił z trudem.

Tak, domyślała się. Alan może się czuć tak, jakby stracił brata.

– Joshua powinien wrócić do domu. Policja nie chciała nas puścić.

– Wiem.

– On powinien wrócić do domu.

– Przywiozłem Betty, czeka w samochodzie. Zawieziemy go do nas.

Mocniej przytuliła syna do piersi.

– Nie!

– Posłuchaj, Kate, jesteś prawie w szoku, podobnie jak Joshua. Nie możesz teraz się nim zająć. – Umilkł na chwilę. – Zresztą nie powinien być w domu, kiedy powiadomisz Phyliss.

Phyliss. Boże, musi po tym wszystkim jechać do domu, aby powiedzieć Phyliss, że jej syn nie żyje.

Michael nie żyje. Znowu przeszył ją ból wywołany tą straszliwą świadomością.

Alan zwrócił się do Joshuy.

– Wiem, że wolałbyś zostać z mamą, ale ona musi teraz porozmawiać z twoją babcią. Betty czeka tu obok. Zawiezie cię do nas do domu, zgoda?

– Nie. – Chłopiec kurczowo objął Kate oburącz. – Muszę zostać z mamą.

Alan spojrzał na Kate.

Pragnęła zatrzymać syna przy sobie, sprawić, aby wszystko było w porządku. Ale jak to zrobić, skoro na jego oczach ojca rozerwało na strzępy? Będzie mu potrzebna bardziej nieco później, kiedy już opuści ją odrętwienie. Kiwnęła głową.

– Nic mi nie będzie, Joshua. Proszę cię, pojedź z Betty. Przyjadę po ciebie za parę godzin.

– A jeśli… – Niechętnie puścił matkę, wstał i zaczął schodzić na dół. Jeszcze na schodach przystanął i odwrócił się do Alana. – Zajmie się pan nią? – zapytał z naciskiem.

– Możesz być tego pewny.

Oboje odprowadzali go w milczeniu wzrokiem.

– Widział wszystko? – zapytał wreszcie Alan. Kate przytaknęła ruchem głowy.

– Byliśmy akurat na parkingu.

– Dobrze się trzyma.

– Wcale nie. Przez całą godzinę trząsł się jak galareta. – Wzdrygnęła się. – Zresztą ja też. O co tu chodzi, Alan?

– Podejrzewamy, że do zapłonu samochodu podłączono bombę. – Objął ją ramieniem. – Michael przekręcił kluczyk w stacyjce i… buch.

– Bombę – powtórzyła. – Ale kto to zrobił?

– Michael rozpracowywał handlarzy narkotyków. Wiesz, jakie to ryzykowne. Przygotowywaliśmy wielką akcję, obaj otrzymywaliśmy pogróżki. – Znużonym gestem wzruszył ramionami. – A może to ktoś, komu Michael dobrał się do skóry w przeszłości. Rozważam obie możliwości. Mam nadzieję, że będę wiedział więcej, kiedy chłopcy z laboratorium przebadają dokładnie samochód.

Zrobiło jej się słabo na samo wspomnienie płonącego auta.

– Nie wiem, co można by tam jeszcze przebadać.

– Byłabyś zdumiona, jak wiele. Michael przychodził na te mecze co wtorek?

– Tak. I w każdą sobotę.

– Aha. A więc miał jakby stały rozkład zajęć? Obserwując go, można było stwierdzić, że będzie tu o określonej porze?

Chyba tak. – Pokręciła głową, nadal nie mogąc zebrać myśli. – Ale to po prostu niemożliwe. Podczas meczu drużyny juniorów? To nie powinno się było tu wydarzyć. A w jaki sposób umieszczono tę bombę? Przecież cały czas kręcili się tutaj ludzie.

– Cały czas oprócz ostatniej rundy meczu. Nie wyobrażam sobie, aby w takiej chwili jacyś rodzice nie obserwowali swoich dzieci w akcji. To oznacza, że parking opustoszał na parę minut, a fachowiec nie potrzebuje dużo czasu, aby zainstalować bombę.

– Ale obok stały inne samochody… bawiły się małe dzieci. Na miłość boską, mało brakowało, a Joshua wsiadłby do tego auta. – Jej głos zadrżał, musiała przerwać, aby opanować się i zdławić grozę, która owładnęła nią na samą myśl o takim koszmarze. – To cud, że nikt inny nie ucierpiał wskutek wybuchu. Ten, kto to zrobił, musi być potworem!

– W pełni się z tobą zgadzam. – Odwrócił wzrok w inną stronę i powiedział z wyraźnym zażenowaniem: – Ze słów świadków wynika, że w samochodzie siedziała jeszcze jakaś kobieta.

– Benny. Benita Chavez. Pracowała w Genetechu.

– Miała tu rodzinę?

Prawda, trzeba jeszcze powiadomić rodzinę Benny. Biedna Benny! Kate poczuła wyrzuty sumienia: śmierć przyjaciółki nie wstrząsnęła nią tak bardzo, jak śmierć Michaela. Benny była jeszcze młoda i pełna życia. Zasłużyła na to, aby ją opłakiwać.

– Rodzina panny Chavez – nalegał Alan.

Wytężyła pamięć.

– Nie, mieszkała tu sama, ale wspomniała mi kiedyś, że ma matkę w Tucson. Niestety, nie znam adresu.

– Znajdziemy go na pewno w aktach Genetechu. – Wstał. – Chodźmy już. Odwiozę cię do domu.

Do domu. Na spotkanie z Phyliss. Kate podniosła się, skierowała wzrok na parking, rozświetlony niebieskimi błyskami radiowozów policyjnych i furgonetki koronera. Wolała nie podchodzić do niej, nie patrzeć na te okropne, popalone szczątki samochodu Michaela.

– Gdzie zaparkowałeś?

Alan nie potrzebował wyjaśnień.

– Nie musisz tam iść. Ustawiłem twoją hondę w drugim końcu placu. Wóz patrolowy pojedzie za nami.

– Dzięki. – Ścisnęła jego ramię. – Dziękuję za wszystko.

– Nie ma za co. – Zawahał się. – Wiesz, razem ze mną zjawili się tu dziennikarze. Radziłbym ci nie odbierać żadnych telefonów. Mogą cię wyprowadzić z równowagi.

– Jeszcze bardziej niż jestem? Wątpię, czy to możliwe. Ale i tak nie mam ochoty na żadne wywiady dla prasy.

– Mogą insynuować pewne rzeczy… – Alan najwyraźniej czuł się nieswojo. – No wiesz, rozwiedziona żona… nowa przyjaciółka eksmęża…

Wpatrywała się w niego zaszokowana.

– Sam powiedziałeś, że śmierć Michaela wiąże się z narkotykami…

– Jasne – przerwał jej. – Ale wiesz chyba dobrze, jak czepialscy potrafią być dziennikarze, zawsze doszukują się we wszystkim nie wiadomo czego. Zrobię, co tylko możliwe, aby zostawili cię w spokoju, a ty po prostu nie odbieraj telefonów.

– Nie martw się, nie będę. Wyłączę po prostu dzwonek – obiecała. – Zrobię to choćby dla Josha.

– Zaopiekujemy się nim, ja i Betty. – Pomógł jej zejść po schodach, ujmując pod ramię stanowczo, lecz zarazem delikatnie. – A ty zadbaj o siebie i Phyliss.


Utkwiła wzrok w drzwiach frontowych.

Nie miała ochoty wchodzić do domu. Jeśli wejdzie, zobaczy Phyliss i będzie musiała powiedzieć jej… Alan otworzył już drzwiczki.

– Zadzwonię do ciebie jutro.

Kiwnęła głową. Tak, najwyższy czas wysiąść z tego auta i wejść do domu. Ktoś musi przecież powiadomić Phyliss. I powinien to być ktoś, kto kocha ją i kochał kiedyś jej syna.

Michael…

Boże, nie wolno się teraz rozkleić.

– Dzięki, Alan. – Wysiadła z samochodu i ruszyła do domu. Pamięć podsuwała jej ciąg scen. Michael uśmiechnięty. Michael namiętny. Michael rozgniewany.

Michael dumny i czuły – wtedy w szpitalu, kiedy urodziła Josha. Michael żywy.

Otwierając drzwi, czuła łzy, które spływały jej po twarzy. Phyliss oglądała telewizję.

– Ciekawy był mecz? – zapytała, nie odwracając głowy.

– Phyliss.

Dopiero teraz spojrzała za siebie.

– Kate? – Ujrzała jej twarz i zerwała się na równe nogi. – Co się stało? Joshua?

– Nie. – Trzymaj się. Musisz zapanować nad sobą. Musisz to powiedzieć. Podeszła bliżej, objęła ją mocno. – Nie, nie Joshua.


– Nadal pamiętam go jako małego chłopca – mówiła cicho Phyliss. – Jego pierwszy dzień w szkole. Boże Narodzenie… – Po jej policzkach popłynęły łzy. – Czy to nie dziwne? Zachował się w mojej pamięci niejako dorosły mężczyzna, lecz jako mały chłopczyk. – Zacisnęła powieki, na twarzy odmalował się wyraz bólu. – Zabili mi synka!

– Phyliss… – Co powiedzieć, żeby ulżyć jej w rozpaczy? Kate mogła tylko ją objąć i zapłakać razem z nią, dać teściowej odczuć, że nie jest sama.

Upłynęło parę godzin, zanim odważyła się zostawić Phyliss samą i pojechać do Alana po syna. W drodze do domu Joshua nie płakał, siedział, cały czas milcząc. Szok? Jeśli tak, będzie musiała zająć się tym nazajutrz. Teraz trzeba położyć się spać, próbować wypocząć.

Dochodziła już północ, zanim zdołała jakoś uspokoić Phyliss i Josha, po czym udała się do swojego pokoju i zamknęła drzwi. Wiedziała, że nie uśnie. Ból nie znikał, dręczył bezlitośnie, chociaż łzy wyczerpały się już doszczętnie.

A może nie.

Znowu napłynęła fala rozpaczy i Kate natychmiast poczuła, jak pieką ją oczy.

Michael…


– Musimy już wracać do domu. – Kate delikatnie starała się odciągnąć Phyliss od otwartego grobu. – Kilku przyjaciół Michaela ma wpaść, żeby złożyć kondolencje.

– Dobrze. – Ale nie chciała jeszcze odchodzić. – To niesprawiedliwe, Kate. On był takim dobrym człowiekiem!

Kate zamrugała gwałtownie, powstrzymując łzy.

– Tak, bardzo dobrym.

– Nie zawsze zgadzaliśmy się ze sobą, ale nawet jako dziecko starał się zawsze robić to, co uważał za słuszne. Dlatego został policjantem.

– Wiem.

– I za to go zabili.

– Phyliss!

– Już dobrze, nic więcej nie powiem. Tylko utrudniam ci sytuację.

– Mów, co tylko chcesz, ale chodźmy stąd.

Phyliss rozejrzała się na wszystkie strony.

– Tak – szepnęła. – Wszyscy już poszli, prawda? A gdzie Joshua?

– Alan Eblund i jego żona zawieźli go do domu.

– Zawsze lubiłam Alana.

– My też powinnyśmy już pojechać. Przywiozę cię tutaj jutro.

– Za chwilę. – Spojrzała znowu na grób. – Idź do samochodu. Chciałabym pobyć parę chwil sam na sam z moim synem, pożegnać się z nim.

Lepiej nie zostawiać jej samej, pomyślała Kate. Phyliss trzymała się bardzo dobrze przez ostatnie trzy dni, od śmierci Michaela, ale lepiej nie ryzykować.

– Poczekam tutaj.

Phyliss nie odrywała wzroku od grobu.

– Nie chciałabym być niegrzeczna, Kate. Byłaś dla mnie cudowna, ale teraz wolę zostać tu sama, bez ciebie.

Kate drgnęła, kiwnęła gwałtownie głową.

– Dobrze, zaczekam w samochodzie. – Szła powoli alejką wiodącą ku bramie cmentarza, oczy piekły ją boleśnie. Phyliss nie chciała jej zranić, a jednak rana była i dręczyła ją teraz uparcie. Dręczyło ją także sumienie. Nie sprawdziła się. Michael był jej pierwszą miłością, ojcem jej dziecka, a ona rozbiła małżeństwo. Powinna była starać się je utrzymać. Powinna była rozumieć i słuchać, zamiast unosić się gniewem, gdy tylko on…

Czyjaś dłoń zacisnęła się na jej ręce, pociągnęła za pień olbrzymiego dębu.

Jęknęła przerażona, a serce skoczyło do gardła, kiedy druga dłoń, tak samo silna i twarda jak pierwsza, zakryła jej usta.

– Proszę nie krzyczeć. – Głos był męski, ochrypły. – Nie chcę pani skrzywdzić.

Nie krzyknęła. Zamiast tego zatopiła zęby w dłoni przyciśniętej do ust i jednocześnie zadała napastnikowi cios kolanem w pachwinę.

– Chryste! – jęknął z bólu. Na moment przywarł do niej, jakby szukając oparcia, ale jego uchwyt nie zelżał ani trochę. – Proszę posłuchać.

– Niech mnie pan puści.

– Musi mnie pani wysłuchać! – Przyparł ją do pnia drzewa, zatopił w niej płonący wzrok. – I, na Boga, jeśli kopnie mnie pani jeszcze raz, uduszę… – Odetchnął głęboko. – Nie, nie mówiłem teraz serio. Nie zamierzam pani obrabować ani zgwałcić. Po prostu musiałem…

– Mój Boże! – wyszeptała Kate, wpatrując się w niego z niedowierzaniem. – Przecież pan nie żyje!

– Jeszcze przed minutą nie zgodziłbym się z takim twierdzeniem – mruknął Noah Smith. – Ale teraz to co innego. Omal nie zabiła mnie pani tym kolanem.

Nie odrywała od niego oczu. Miał na sobie nie eleganckie ubranie, lecz dżinsy i szarą bluzę, na lewym policzku widniał ślad po uderzeniu, na czole dostrzegła bliznę po skaleczeniu, a na rękach bandaże, ale był to z pewnością Noah Smith.

– Zaskoczył mnie pan. Myślałam już, że chce mnie pan… – Nie, to teraz nieważne. – Co pan tu robi?

– Musimy porozmawiać. – Skrzywił się. – A zbliżyć się do pani to prawdziwy problem. Nie chciałem kręcić się tu po cmentarzu jak jakiś upiór. Nie odpowiadała pani na moje telefony, a potem w domu zaroiło się od gliniarzy i różnych gości składających kondolencje.

Dopiero teraz otrząsnęła się z szoku.

– Muszę już wracać do domu. Nie wiem, dlaczego pan…

– Nie zabiorę dużo czasu – zapewnił spiesznie. – Chciałbym spotkać się z panią dziś wieczorem w motelu „King Brothers” przy autostradzie 41. Proszę zjawić się tam jak najwcześniej. Będę czekał cały wieczór. Niech pani przywiezie też syna i zabierze rzeczy niezbędne do dłuższego pobytu poza domem.

– Dlaczego miałabym to zrobić?

– Aby uratować swoje życie. – Po chwili dodał: – I może także życie syna.

Wpatrywała się w niego z szeroko otwartymi ustami.

– Pan chyba oszalał – wyjąkała wreszcie.

– Proszę zaparkować za rogiem po powrocie do domu, a jadąc do mnie, zachować ostrożność. Gdyby zauważyła pani coś dziwnego, proszę natychmiast wracać i zadzwonić do mnie z domu.

– Miałabym zabrać ze sobą Josha? Mój syn nie przyszedł jeszcze do siebie po śmierci ojca. Nie zamierzam wyciągać go na jakieś niejasne eskapady i narażać na przykre przeżycia.

– Dobrze, proszę go na razie zostawić. Postaramy się potem przyjechać po niego. Może tak będzie dla niego bezpieczniej. Niech pani przyjedzie sama.

Pokręciła głową.

– Dlaczego nikt nie wie, że pan żyje?

– Wyjaśnię to wieczorem.

– Proszę wyjaśnić teraz.

– No więc: dlatego, że chcę pozostać wśród żywych – odparł krótko. – I chcę, aby pani pozostała wśród żywych.

– Jeśli o mnie chodzi, nie mam nic wspólnego z panem i pańskimi problemami.

– Ależ tak, nawet bardzo dużo. – Umilkł na chwilę. – A nasze problemy wykazują zdumiewające podobieństwo. Moja fabryka wyleciała w powietrze. Następnego dnia w powietrze wyleciał samochód pani eksmęża. Interesujące są doniesienia prasy. Otóż zdaniem policji, w tym samochodzie znajdowalibyście się także oboje z synem, gdyby nie to, że wyłamała się pani owego dnia z utartego już zwyczaju i nie pojechała razem z Michaelem.

– Michaela zamordowali handlarze narkotyków.

– Czyżby? Moim zdaniem, stał się tylko przypadkową ofiarą. Prawdziwym celem była pani.

– Bzdura.

– W porządku. Wiem, że to brzmi dziwnie, ale chyba uda mi się panią przekonać… Niech pomyślę.

– Nie mam więcej czasu. Moja teściowa będzie…

– Już wiem. Prasa podała, że zapalnik czasowy, który wywołał eksplozję bomb w mojej fabryce, był produkcji czeskiej. Proszę dowiedzieć się na policji, gdzie był wyprodukowany zapalnik czasowy bomby podłożonej w aucie pani eksmęża. – Spojrzał ponad jej głową w dal. – Ktoś nadchodzi. Muszę uciekać. Proszę nie mówić nikomu, że mnie pani widziała. – Puścił jej ręce i cofnął się, nie odrywają od niej wzroku. – Niech pani koniecznie przyjdzie wieczorem. Ja nie kłamię. Naprawdę staram się ocalić pani życie. Pani musi żyć.

Odwrócił się i odszedł szybkim krokiem.

Patrzyła za nim osłupiała. Ten człowiek z pewnością oszalał.

– Kto to był? – Phyliss stała już obok niej, patrząc na Noaha Smitha, który znikał w oddali.

– Pracownik z laboratorium, złożył mi kondolencje. – Kłamstwo wymknęło jej się z ust, zanim jeszcze zdołała zebrać myśli. Sama nie wiedziała, dlaczego chroni Smitha. Jego wersja wydarzeń to jakiś stek niedorzecznych bzdur…

– Wydaje mi się, że skądś go znam. – Phyliss zmarszczyła brwi. – Może spotkałam go już przedtem?

Kate była zbyt zdenerwowana i oszołomiona, aby zaprzątać sobie głowę Smithem i jego opowieścią. Nie miała zamiaru iść na dzisiejsze spotkanie z nim, intrygowała ją jednak dziwna postawa tego człowieka; dlaczego zależało mu tak bardzo na tym, aby nikt nie dowiedział się, iż przeżył wybuch? Jego natarczywość wywarła na niej duże wrażenie.

Ale sprawy, o których mówił Smith, te jego niedorzeczne oskarżenia… to wszystko musi poczekać. Teraz trzeba myśleć przede wszystkim o ludziach przybyłych na stypę, o swoich obowiązkach.

– Nie sądzę, abyś go znała – odparła. Ujęła Phyliss pod ramię. – Chodź, pojedziemy do domu. Do Joshuy. Jesteśmy mu potrzebne.


– Wygląda na to, że dzieciak trzyma się świetnie. – Charlie Dodd, z filiżanką kawy w jednym ręku i kanapką w drugiej, poruszał się szczególnie ostrożnie, jakby obawiał się, że upuści coś na podłogę. – A jak ty się czujesz, Kate?

Skierowała wzrok na Josha, który siedział w drugim kącie zatłoczonego pokoju obok najstarszego syna Alana, Marka. W tym niebieskim garniturze wygląda niezwykle blado i dorośle, pomyślała z bólem. Dziś przynajmniej był starannie uczesany, zadał sobie nawet wiele trudu, aby ujarzmić niesforny kosmyk włosów. Garnitur, nienoszony od świąt Bożego Narodzenia, zrobił się już trochę za mały, dlatego musiała oddać go poprzedniego dnia do krawca, aby przerobił go w ekspresowym tempie.

– Oboje czujemy się dobrze, Charlie. Dziękuję, że przyszedłeś.

– Och, chętnie zrobiłbym dla was coś więcej. Benny została pochowana w Tucson, ale we wtorek zostanie tu odprawiona msza w jej intencji, słyszałaś o tym?

Kiwnęła głową.

– Tak. Przyjdę na nią.

– Podobno bierzesz tydzień urlopu. Zamierzasz gdzieś wyjechać?

– Zawsze relaksuję się najlepiej na łonie rodziny. Teraz właśnie odczuwam potrzebę, aby spędzić trochę więcej czasu z Joshuą i Phyliss.

– Mogę coś dla ciebie zrobić? Na przykład przejąć część badań? Przynieść coś do domu?

– Nie, chyba nie mam zaległości. Może wstąpię potem do biura po niektóre sprawozdania. – Znowu skierowała wzrok na Joshuę. – Ale nie teraz.

– No cóż, daj mi znać w razie potrzeby.

– Jasne. – Uśmiechnęła się do niego. Wysoki i chudy, wydawał się w swoim ciemnym garniturze jeszcze bardziej niezgrabny niż Joshua.

Najwyraźniej czuł się na tym przyjęciu dość nieswojo, wobec niej jednak zachowywał się bardzo troskliwie i taktownie. Jak zresztą wszyscy z Genetechu. – Ale naprawdę nic nie możesz dla mnie zrobić. Odetchnął jakby z ulgą i odstawił filiżankę.

– To może już pójdę? Wiem, że powinienem dotrzymać ci towarzystwa, pocieszać w miarę możliwości, ale naprawdę jestem w tym kiepski.

Machnęła ręką. – Idź.

– Dzięki. – Ruszył do wyjścia.

Kate odstawiła swoją pustą już filiżankę i spojrzała na zegar. Dopiero minęła piąta. Boże, kiedy oni wreszcie pójdą? Czuła ogarniające ją zmęczenie. Również Phyliss wyglądała na wyczerpaną. Oto skutki nadmiaru uprzejmości.

– Może już się pożegnam, dam przykład innym? – Obok niej stanął Alan. – Wydaje mi się, że masz dość tego tłumu gości.

– Byłeś wspaniały, Alanie. – Do oczu napłynęły jej łzy. – Byliście wspaniali oboje, ty i Betty. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła.

– Na pewno byś sobie dała radę. Potrafisz uporać się ze wszystkim, nie ma dla ciebie sytuacji bez wyjścia. Tak właśnie zachwalał cię zawsze Michael.

– Doprawdy? – Pokręciła głową. – Nie wiem, czy zachwalanie jest tym, na czym mi zależy.

– On po prostu był z ciebie dumny. I zawsze znaczyłaś dla niego wiele. – Ścisnął jej ramię. – Nawet jeśli radzisz sobie ze wszystkim, pamiętaj, że każdy z nas może czasem potrzebować pomocy drugiej osoby. Tak więc jeśli Betty lub ja możemy coś dla ciebie zrobić, daj znać. Może Joshua chciałby spędzić parę dni u nas?

– Zapytam go. – Jej wzrok znowu powędrował do syna. – Martwię się o niego.

– Wydaje mi się, że zachowuje się zupełnie normalnie.

– Zbyt normalnie. Odkąd przywiozłeś go do domu, nie zapłakał ani razu.

– Wiesz przecież, że mamy w departamencie policji psychoterapeutę, który może pomóc tobie lub Joshowi, gdybyście mieli problemy z… – Umilkł. – Widzieć na własne oczy, jak ginie bliska osoba, to rzeczywiście okropne. Zwłaszcza jeśli widzi się… jak ta osoba wylatuje w powietrze – dokończyła za niego, kiedy umilkł. – Mam nadzieję, że to nie będzie potrzebne, ale oczywiście nie omieszkam zgłosić się do psychoterapeuty, gdyby wynikły jakiekolwiek kłopoty z Joshuą. – Spojrzała na niego bacznym wzrokiem. – Czy coś się już wyjaśniło?

– Ochrona szkoły zna większość rodziców i nie zauważyła przed meczem niczego podejrzanego. Ktokolwiek to zrobił, musiał się zjawić na parkingu, kiedy wszyscy przebywali na trybunach.

– Żadnych tropów?

– Badamy ślad narkotykowy i sprawdzamy każdego, kto mógłby żywić jakąkolwiek urazę do Michaela.

– Znaleźliście coś na miejscu wybuchu?

– Niewiele.

– Może chociaż zapalnik czasowy? – Dopóki to pytanie nie wyrwało jej się z ust, nie wiedziała nawet, że zamierza je zadać.

Kiwnął głową.

– Owszem. Bardzo skomplikowany.

– Możesz wnioskować coś bliższego w tej sprawie?

– Zajmujemy się tym. To może nam zająć trochę czasu. W każdym razie zapalnik nie pochodzi stąd. Został wyprodukowany w Czechach.

Na chwilę zabrakło jej tchu, jakby otrzymała cios w żołądek. Może to tylko zbieg okoliczności. Niemożliwe, aby te bzdurne fantazje Noaha Smitha miały jakikolwiek związek z rzeczywistością.

– Nie mówmy już o tym. Wyglądasz, jakbyś lada chwila miała paść. – Odwrócił się. – Wykurzę stąd tych wszystkich maruderów, żebyś mogła trochę odpocząć.

– Dziękuję – szepnęła.

W Czechach. To nie musi jeszcze nic znaczyć. Michael zginął, bo taką miał pracę. Nie z jej winy. Dlaczego ktokolwiek miałby chcieć ją zabić?


– Ciężki dzień. – Kate usiadła na brzegu łóżka obok Joshuy i troskliwie okryła go kołdrą. – Dziękuję, że byłeś taki dzielny.

– To nic takiego. – Nie otwierał oczu. – Jutro będzie lepiej, prawda, mamo?

Przytaknęła ruchem głowy.

– Z każdym dniem będzie trochę lepiej. – Boże, mam nadzieję, że mówię prawdę. – Brak mi go. Był jednym z najmądrzejszych ogniw.

– Co takiego?

– Twój dziadek mawiał, że nic nie ginie na zawsze, nic nie znika definitywnie, ale odradza się z powrotem jako ogniwo całości, mądrzejsze niż przedtem.

– Rzadko opowiadasz o dziadku.

– Nie dlatego, że słabo go pamiętam. Po prostu takie wspomnienia sprawiają mi ból. Ale dziadek jest zawsze przy mnie. – Musnęła ustami czoło syna. – Podobnie będzie zawsze przy tobie twój tata. Dopóki zachowasz go w pamięci.

– Nigdy o nim nie zapomnę. – Zwrócił wzrok ku ścianie. – Dlaczego ludzie muszą umierać? To nie w porządku.

I jakich użyć tu słów?

– Czasem zdarzają się takie złe rzeczy. – Wspaniale, Kate, odpowiedź rzeczywiście głęboka, wyjaśniająca wszystko, stanowiąca dla Joshuy istotną pomoc.

– Ale ty nie umrzesz, prawda? Mocniej objęła go wpół.

– Nie – wyszeptała. – Jeszcze nieprędko.

– Przyrzekasz?

– Przyrzekam.

Boże, spraw, abym nie okazała się kłamczynią. On nie zniósłby tego teraz.

Na moment jakby się odprężył.

– Mam zgasić światło? – zapytała.

– Wolałbym, żeby się paliło całą noc. Wczoraj miałem zły sen.

– Trzeba było mnie zawołać. Przyszłabym od razu.

– Ty też byłaś smutna.

– To jeszcze nie znaczy, że nie chciałabym być przy tobie. – Umilkła na moment. – Chcesz o tym porozmawiać?

– Nie – odparł krótko. – To już minęło. Tata i Benny nie żyją. O czym tu jeszcze mówić?

Jego głos zabrzmiał tak szorstko, że Kate wzdrygnęła się mimo woli.

– Nieraz to pomaga, kiedy możesz porozmawiać z kimś innym o sprawie, która cię dręczy.

– Ale teraz jest już po wszystkim. I nie chcę o tym mówić. Ani myśleć.

No tak. Mogła się spodziewać tego typu reakcji. Zauważyła przecież już wcześniej, że Josh jest nienaturalnie opanowany. Nic dziwnego, iż od czasu, kiedy doszło do eksplozji, nie widziała go płaczącego. Musiałaby być ślepa, żeby nie dostrzec muru, który Josh wzniósł wokół siebie.

– No cóż, skoro nie chcesz rozmawiać ze mną ani z babcią, Alan zabierze cię do miasta i skontaktuje z lekarzem.

– Takim od czubków – mruknął z odrazą Joshua.

– Z lekarzem psychiatrą – sprostowała. – Z lekarzem, który pomoże ci zrozumieć samego siebie i to, co czujesz.

– Z lekarzem od czubków – powtórzył z uporem.

– Niech ci będzie. – Wstała. – Drzwi zostawię uchylone. Na pewno usłyszę, gdybyś zawołał. Dobranoc, Joshua.

– Dobranoc, mamo.

Stała jeszcze parę chwil pod drzwiami, zanim udała się do salonu, aby dotrzymać towarzystwa Phyliss. Najchętniej poszłaby od razu do łóżka, nakryła się kołdrą po uszy i usnęła, aby zapomnieć o Michaelu i trumnie, w której spoczywał. Właściwie nie potrafiła mieć za złe synowi, iż nie chce do tego powracać.


– Jak on się czuje? – zapytała Phyliss.

– Jest załamany. Przygnębiony. Wystraszony. – Na twarzy Kate pojawił się osobliwy grymas. – Podobnie zresztą jak my.

– Musi upłynąć trochę czasu. Kate kiwnęła głową.

– Ale on nie ułatwia sobie sprawy. Próbuje udawać obojętnego.

– Może to jego metoda – odparła Phyliss. – Każdy człowiek ma swój sposób przystosowywania się do przeciwności losu. Jeśli o mnie chodzi, bardzo bym chciała odizolować się od tego wszystkiego.

– No tak. To, co się dzieje, może być istotnie uciążliwe dla całego otoczenia. Daj mi znać, gdyby obecność Josha stała się dla ciebie zbyt męcząca.

– Trochę zajęcia dobrze mi zrobi. – Phyliss wstała i powoli wyprostowała plecy. – A Joshua to słodkie dziecko. Pomagamy sobie wzajemnie dojść do równowagi.

Podeszła do drzwi, odprowadzana wzrokiem przez Kate.

– Dokąd idziesz?

– Pogasić światła na ganku. Pora spać. – Otworzyła drzwi i zaczerpnęła głęboko tchu. – Wspaniały zapach. Nadchodzi wiosna. W domu jest za duszno. Ci wszyscy ludzie…

– … Byli bardzo mili.

– Jeden z tych miłych ludzi zostawił swój samochód po drugiej stronie ulicy.

– Co takiego?

– Na stypę przyszło wielu przyjaciół Michaela z departamentu policji. Może któryś z nich udał się na obchód ze swoim partnerem.

– Albo jest to auto któregoś z sąsiadów.

Phyliss pokręciła głową.

– Znam samochody wszystkich. Nie, to na pewno auto jednego z przyjaciół Michaela.

Kate wolnym krokiem podeszła do drzwi.

Zagadkowy samochód, zaparkowany przed domem Brocklemanów, był najnowszym modelem forda. Tak przynajmniej jej się zdawało. Najbliższa latarnia znajdowała się trzy domy dalej, tu wszystko tonęło w mroku, tworzyło mgliste zarysy.

Dostrzegła jeszcze jeden cień. Ktoś siedział za kierownicą.

Kate podbiegła do szafy w holu i wyciągnęła kasetkę z rewolwerem, prezent od Michaela.

– Co robisz? – zawołała Phyliss.

– Ktoś siedzi w samochodzie. Nie zaszkodzi sprawdzić. – Kate otworzyła zameczek szyfrowy i wyjęła z kasetki małego damskiego kolta. Jednym ruchem ściągnęła z wieszaka płaszcz przeciwdeszczowy i przerzuciła go przez ramię, zakrywając rewolwer. – Pamiętasz? Michael opowiadał nieraz o złodziejach, którzy włamują się tam, gdzie zmarł ktoś z domowników.

Schodziła już po schodkach ganku.

– Kate! – Phyliss szła za nią.

– Wszystko będzie dobrze. – Uśmiechnęła się, odwracając głowę. – Nie zamierzam nikogo zastrzelić.

– Po co w ogóle wychodzisz? To nierozsądne.

To rzeczywiście nierozsądne, pomyślała Kate, a jednak szła nadal w stronę samochodu. Wiedziała, że powinna skontaktować się z Alanem. On mógłby przysłać tu kogoś. A ten człowiek w aucie jest może niewinny. Może to przyjaciel Brocklemanów. Wszystko przez tego Noaha Smitha. To jego bzdurne insynuacje pchają ją do tak idiotycznych kroków.

Szyba w drzwiczkach była opuszczona; Kate widziała teraz dość wyraźnie gładkie, ciemne włosy zaczesane do tyłu i splecione w długi warkocz, zapadnięte policzki oraz szare, błyszczące oczy pod czarnymi, krzaczastymi brwiami.

– Dobry wieczór – odezwała się, przystając na moment. – Ładna dziś pogoda.

– To prawda – uśmiechnął się nieznajomy. – Ale jest chłodno. Powinna pani włożyć ten płaszcz, pani doktor Denby, jeśli wybiera się pani na przechadzkę.

Niemal odetchnęła z ulgą.

– Pan mnie zna?

Pokręcił przecząco głową.

– Ale znałem Michaela. Kilkakrotnie pracowaliśmy razem. Był wspaniałym facetem.

– Jest pan z policji?

– Och, proszę mi wybaczyć, nie przedstawiłem się. Myślałem, że Alan powiedział pani, kto obejmie pierwszą wartę. Nazywam się Todd Campbell.

Sądząc po wyglądzie, powinien nazywać się inaczej, pomyślała. Teraz, z bliska, wydawał jej się jeszcze bardziej egzotyczny niż na pierwszy rzut oka. Gdyby nie te szare oczy, mógłby uchodzić za Indianina. Ciemne gładkie włosy, orli nos. Nosił nawet coś w rodzaju naszyjnika z paciorków. To jeszcze nic nie znaczy, uspokajała samą siebie. Gliniarze na czatach muszą wyglądać zupełnie normalnie, nie mogą wyróżniać się niczym szczególnym. Wyblakłe dżinsy i kraciasta koszula nadawały właśnie taki zwyczajny wygląd.

– To Alan pana przysłał?

– Tak, mam dopilnować, aby nie molestowali pani żadni dziennikarze lub inne szumowiny.

To brzmiało rozsądnie. Nieznajomy sprawiał sympatyczne wrażenie i najwidoczniej był rzeczywiście gliniarzem.

– W takim razie nie będzie pan miał chyba nic przeciw temu, abym sprawdziła pańską tożsamość?

– Czy mam coś przeciw temu? – Uśmiechnął się i sięgnął do kieszeni. – Skądże znowu. Żałuję tylko, że moja żona nie jest tak czujna, jak pani. Proszę sobie wyobrazić: ona wpuszcza do domu każdego, kto zapuka.

Obejrzała odznakę i dowód osobisty, oddała mu jedno i drugie.

– Dziękuję. – Odwróciła się, aby wrócić do domu, ale przedtem dodała: – Nie poczuje się pan urażony, jeśli zatelefonuję jeszcze do Alana, aby to potwierdził?

– Oczywiście że nie. Byłbym rozczarowany, gdyby pani tego nie uczyniła. Widać, że Michael był dobrym nauczycielem. – Todd pomachał przyjaźnie Phyliss stojącej na ganku, potem nachylił się i włączył radio. – Proszę iść spać i dobrze wypocząć. Będę tu, aby panią ochraniać.

Phyliss patrzyła na nią badawczo.

– Wszystko w porządku? – zapytała, kiedy Kate zbliżyła się do niej.

– Chyba tak. – Jasne, że wszystko w porządku. Po prostu staję się paranoiczką. – Mówi, że przysłał go tu Alan, aby czuwał nad naszym bezpieczeństwem.

– To bardzo miłe ze strony Alana. – Phyliss zamknęła drzwi i wzięła płaszcz od Kate. – Może wreszcie odłożysz ten rewolwer? Kiedy tak szłaś do samochodu, wyglądałaś zupełnie jak Sam Spade*. [*Samuel Spade, prywatny detektyw, bohater klasycznego kryminału Dashiella Hammetta „Sokół maltański”, wydanego w 1929 roku]

– Co to za jeden ten Sam Spade?

– Nieważne. Ale to właśnie, że tego nie wiesz, świadczy o przepaści międzypokoleniowej. – Phyliss przeniosła wzrok na rewolwer. – Schowaj go wreszcie.

– Za chwilę. – Kate podeszła do telefonu w holu, podniosła słuchawkę i w notesie odszukała numer telefonu Alana. – Jeszcze tylko coś sprawdzę.

– O tej porze?

– Jestem pewna, że wszystko jest w porządku. Po prostu poczuję się lepiej, jeśli upewnię się, że ten człowiek nie kłamie. – Wystukała numer. – Zresztą jest dopiero parę minut po dziesiątej.

– Słucham – odezwał się Alan.

Jego głos zdradzał zmęczenie i Kate poczuła wyrzuty sumienia.

– Nie chciałam ci przeszkadzać, naprawdę.

– W porządku, nic się nie stało. – Zdawało jej się, że słyszy, jak Alan tłumi ziewnięcie. – Masz ochotę porozmawiać?

– Nie, chcę ci tylko podziękować za tego policjanta, którego skierowałeś do pilnowania naszego domu.

W słuchawce nastała długa chwila milczenia. A potem:

– O czym ty, u diabła, mówisz? – Alan rozbudził się już chyba na dobre.

Kate zacisnęła dłoń na słuchawce.

– Chodzi mi o Todda Campbella. Tego policjanta, którego wysłałeś, aby pilnował naszego domu.

– Nie znam żadnego Todda Campbella. – Urwał na chwilę. – I nie podoba mi się to wszystko.

Ani jej. Nagle ogarnęła ją fala strachu. Spojrzała na drzwi frontowe. Jezu, czy Phyliss zamknęła je porządnie?

– Zamknij drzwi – szepnęła.

Phyliss nie musiała pytać dlaczego. Już stała przy nich i przekręcała gałkę w zamku.

– Powiedział ci, że jest z policji? – zapytał Alan.

– Obejrzałam jego dokumenty.

– Chryste, Kate, przecież wiesz, że dokumenty można sfałszować. Jaki miał samochód?

– Ostatni model forda.

– Zapamiętałaś jego numer?

– Nie. – A myślała, że jest taka ostrożna! – Ale podeszłam do niego i rozmawiałam z nim. Zna ciebie. I znał Michaela.

– Nie wierzę. Mógł zdobyć mnóstwo informacji z gazet. W ten sposób tacy jak on namierzają swoje ofiary. Nie sądzę, aby teraz groziło ci niebezpieczeństwo, gdyż on już wie, że zorientowałaś się w sytuacji. Może to jeden z tych szakali, które wyszukują domy, gdzie odbyła się jakaś uroczystość żałobna, i liczą na łup.

– To samo powiedziałam Phyliss.

– Podejdź do okna i zobacz, czy to auto jeszcze tam stoi.

Z przenośnym aparatem w ręku stanęła przy oknie i odetchnęła z ulgą na widok pustej ulicy.

– Nie ma go. Samochód odjechał.

– Doskonale. Teraz sprawdź, czy drzwi i okna są dobrze zamknięte. Wyślę zaraz wóz patrolowy, niech mają na oku twój dom przez całą noc. Przyjadą za parę minut. Będziesz zupełnie bezpieczna. Chcesz, żebym też przyjechał?

– Nie, musisz sam odpocząć. Dziękuję za wszystko, Alanie. Czuję się już znacznie lepiej.

– W porządku, zadzwonię do ciebie z samego rana. W razie potrzeby, gdyby cię coś zaniepokoiło, dzwoń.

– Dobrze, tak zrobię. – Odłożyła słuchawkę i zwróciła się do Phyliss: – Alan przyśle tu radiowóz, ale nie sądzi, aby to było konieczne. Jego zdaniem, ten człowiek to włamywacz, który szukał tu łupu.

Phyliss pokiwała głową.

– Że też bywają tacy okropni ludzie! Okradać dom, w którym panuje żałoba!

– Alan radził, żeby na wszelki wypadek dobrze zamknąć drzwi i okna.

– Już zamknęłam.

– W takim razie idź spać. Poczekam tu, aż przyjedzie radiowóz. – Delikatnie pocałowała Phyliss w policzek. – Postaraj się zasnąć.

Phyliss odwróciła się i stąpając ciężko, udała się do swojej sypialni.

– Okropni ludzie…

Kate zacisnęła pięści w bezsilnym gniewie. Phyliss, u której nigdy nie widziała piętna wieku, wyglądała teraz jak stara kobieta. Mało, że musiała być dziś na pogrzebie syna, to jeszcze ten łajdak…

Znieruchomiała. Ulicę rozświetlił snop światła reflektorów.

Wóz patrolowy.

Odprężyła się na widok radiowozu policyjnego, który zatrzymał się naprzeciw domu. Jest bezpieczna. Z samochodu wysiadł młody policjant, pomachał do niej. Odwzajemniła gest i odwróciła się od okna. Wszystko w porządku. Może wreszcie iść spać…

Nie, jeszcze nie. Może to znowu fałszywy policjant? Spisała numer rejestracyjny radiowozu i zadzwoniła na posterunek.

Radiowóz okazał się prawdziwy.

Nie mogła jeszcze iść spać. Weszła do pokoju Josha.

Sprawdziła, czy okno jest porządnie zamknięte, a potem stanęła przy łóżku, patrząc na syna. Dzięki Bogu, śpi smacznie. Pod powiekami zapiekły ją oczy. Omal go nie straciła. Gdyby jej posłuchał i wsiadł do auta razem z Michaelem i Benny, zginąłby jak i oni.

Aby ocalić pani życie. I może życie pani syna.

Nie, ten Noah Smith wygadywał bzdury. Dlaczego ktoś miałby chcieć ją zabić?

Zapalnik czasowy, który wywołał eksplozję bomb w mojej fabryce, został wyprodukowany w Czechach.

Och, to na pewno zbieg okoliczności.

A ten złodziej ze wspaniale podrobionymi dokumentami, który chciał się włamać do jej domu?

To jeszcze jeden powód, aby siedzieć tu bezpiecznie, zamiast kręcić się gdzieś po mieście nie wiadomo po co.

Joshua wymamrotał coś przez sen, odwrócił się na bok.

Boże, omal go nie straciła!


Jonathan Ishmaru wystukał na telefonie samochodowym w fordzie numer Ogdena.

– Ishmaru – przedstawił się, kiedy Ogden podniósł słuchawkę. – Nie mogę tego zrobić dzisiaj.

– Dlaczego?

Musiałem uciekać. Ona wyszła z domu, zaczęła mnie wypytywać. – Patrzył na światła mknące autostradą i przypomniał sobie nagle Kate Denby, gdy stała tuż przy nim. Ogarnęła go wtedy pokusa, aby wyjść z auta i załatwić ją, wiedział jednak, że w takim wypadku stałby się tylko jeszcze jednym z celów Ogdena. – Co gorsza, powiedziała, że zadzwoni zaraz do Eblunda.

– Gdzie teraz jesteś?

– Jakieś dwadzieścia mil od domu. Wrócę tam jutro wieczorem.

– Żeby dać się złapać i zamknąć w pudle?

– Będę przygotowany.

– Ona też. Cała okolica będzie się pewnie roiła od glin. – Ogden urwał. – Takie sprawy najlepiej załatwia bomba, podobnie jak ostatnio. Żeby wyglądało na robotę kogoś z tłumu protestujących. Tak będzie bezpieczniej, niż próbować wejść do środka i zabić ich. Oto zadanie dla ciebie.

Niczego innego nie mogłem się po nim spodziewać, pomyślał Ishmaru z niesmakiem. Ten człowiek likwiduje swoich wrogów jak typowy tchórz.

– Użyłem bomb, jak pan sobie życzył, w Seattle. Jedną zainstalowałem nawet tutaj. Obiecał pan, że następną akcję będę mógł przeprowadzić na swój sposób.

– Ale już ją spartaczyłeś. Masz zmienić samochód, wrócić tam jutro i umieścić bombę. Ale, na miłość boską, nie pozwól, aby cię zobaczyła.

– Chcę załatwić to na swój sposób. Wejdę, zabiję babcię i dziecko, a potem Kate Denby, ale tak, żeby to wyglądało na samobójstwo po zamordowaniu teściowej i syna. – Zastanowił się chwilę i dodał z żalem: – Jednak szkoda, że nie zrobiłem tego dziś po pogrzebie. Byłby lepszy efekt.

– Ty głupi Indiańcu, zapomniałeś już, kto ci płaci? – syknął Ogden. – Masz robić to, co ci powiem.

Ishmaru uśmiechnął się. To Ogden jest głupi, jeśli sądzi, że on robi to dla forsy. Ogden nie ma pojęcia, co to sława. Nie wie, co to triumf.

Nie zna smaku zwycięstwa.

– Zadzwonię jutro wieczorem – rzucił do słuchawki, kończąc rozmowę, po czym wyjął ze schowka na rękawiczki zdjęcie Kate, Joshuy i Phyliss. Sfotografował ich polaroidem podczas pogrzebu Michaela Denby. Teraz umieścił je na tablicy rozdzielczej, tak aby móc co jakiś czas zerkać na całą trójkę w czasie jazdy. Zawsze sprawiało mu przyjemność delektowanie się nadchodzącym triumfem już z góry.

Nawet dobrze się stało, że w samochodzie, który wysadził w powietrze, nie było Kate Denby. Ishmaru nie miał najmniejszego zamiaru stosować się do zaleceń Ogdena. Nie podłoży kolejnej bomby. To zbyt frustrujące. Już tyle ofiar, a nadal brakuje mu poczucia triumfu.

Trudno. Nadrobi to dzisiejszej nocy w trójnasób. Nóż dla dziecka i babci, kula dla Kate Denby. Jaka szkoda. Użycie rąk uważał zawsze za szczyt perfekcji, ale teraz musi usatysfakcjonować także Ogdena. Ogden nie chce narażać się na jakiekolwiek pytania, należy więc uszanować to życzenie w miarę możliwości, dopóki można dostać w zamian to, czego się pragnie.

On zaś pragnął Kate Denby. Wprawiła go w nie lada pomieszanie, kiedy tak wyszła z domu, kierując się prosto na niego, z bronią ukrytą pod płaszczem, lecz zapewne gotową do strzału. Nie okazywała lęku, była niczym wojownik wyruszający w bój. Na świecie nie pozostało już wielu takich dzielnych wojowników. Tym większą odczuwał radość, że zetknął się dziś z jednym z nich. Nawet jeśli to kobieta i może w ogóle nie zasługuje na ten tytuł. Ale w dzisiejszych czasach należy doceniać wojowników, jeśli się już ich spotka.

Spojrzał znowu na fotografię i zmarszczył brwi. Ta kobieta przywodziła mu na myśl kogoś, nie był jednak pewny kogo… Trudno, przypomni sobie potem.

O, właśnie. No tak. Emily Santos. Dwanaście lat temu… Drobne, mało istotne zadanie. Było to, zanim jeszcze przylgnęła do niego reputacja wojownika. Jej mąż zapłacił mu za zabicie swojej żony. Dla odszkodowania z polisy ubezpieczeniowej. Była drobna, jasnowłosa i walczyła z nim jak tygrysica. Uniósł rękę i odruchowo dotknął małej białej blizny na szyi. Tak, w osobie Kate Denby widział teraz tamtą Emily.

Ta myśl zaintrygowała go. Czyżby duch Emily powrócił, aby się zemścić? Jeśli coś takiego byłoby możliwe, to Kate rzeczywiście zasługuje na jego uwagę. Cóż za wspaniała walka może rozgorzeć między nimi!

Wyciągnął rękę, dotknął zdjęcia.

– Emily? – Brzmi dobrze, ale trzeba się upewnić. Będzie to musiał przemyśleć.

Uśmiechnął się do Kate-Emily na fotografii. Piękna szyja. Miał niemal nadzieję, że jutro wieczorem sprawy nie potoczą się jak należy. Wtedy będzie mógł powiedzieć Ogdenowi, że scenariusza, samobójstwem nie udało się zrealizować.

Tak dawno już nie zaciskał rąk na szyi innego wojownika!

Загрузка...