– Nie zostaniesz tutaj. – Ty wszedł właśnie do jej domu, a Sam rzuci¬ła mu się w ramiona. – Chodź, kochanie, zabiorę cię w jakieś bezpieczne miejsce. – Kopnięciem zamknął drzwi.
– To takie okropne – powiedziała łamiącym się głosem. – Leanne… O Boże. Była w ciąży, zupełnie tak jak Annie.
– Cicho. Wszystko będzie dobrze.
– Nie będzie dobrze. Nigdy.
Przytulił ją mocniej i pocałował w czoło.
– Będzie… na to trzeba trochę czasu.
– Nie mamy czasu. Ten… potwór ciągle jest na wolności.
– Dopadniemy go. Obiecuję. – Pocałował jej zapłakany policzek, a potem usta. – Trzymaj się mnie, a wszystko będzie dobrze.
Chciała mu wierzyć. O, Boże, tak bardzo chciała mu wierzyć. Kosz¬mar jednak jeszcze się nie skoóczył i-pomimo jego zapewnień, miała wątpliwości, czy kiedykolwiek będzie tak jak przedtem.
– Opowiedz mi, co się stało – poprosił Ty.
Sam westchnęła głośno.
– To było okropne. – Podprowadził ją do fotela przy biurku i kiedy usiadła naprzeciwko mrugającego ekranu komputera, on oparł się bio¬drem o biurko i słuchał.
Opowiedziała mu, co robiła, kiedy wyjechał, co osiągnęła i czego nie udało jej się dokonać. Próbowała skontaktować się z koleżanką ze szpitala Miłosierdzia Matki Bożej, ale ponieważ był weekend, mogła tylko zostawić wiadomość na sekretarce. Dzwoniła i pisała do Leanne, ale na próżno, bo biedaczka już nie żyła. Bawiąc się ołówkiem, i drżąc z zimna, opowiedziała mu o swoim bracie, a potem o tej strasznej roz¬mowie telefonicznej z Johnem, w trakcie której przyjechała policja z wia¬domością o tym, że Leanne Jaquillard została zamordowana przez seryj¬nego mordercę.
– Jezu – powiedział Ty. – Żałuję, że mnie tu nie było.
– Nie powstrzymałbyś go. Nikomu by się to nie udało. – Odłożyła ołówek i zgarbiła się w fotelu. – Boże, jestem wykończona.
– Mam coś, co ci pomoże. – Poszedł do kuchni. Sam słyszała, jak grzebał w szatkach i odkręcił kran. Poleciała woda, a kilka sekund póź¬niej pojawił się ze szklanką w ręku.
– Proszę•
– Dzięki. – Wypiła łyk, przystawiła sobie szklankę do czoła i opowiedziała mu o tym, jak była na komisariacie w Nowym Orleanie.
– Odkąd detektyw Montoya mnie przywiózł, nie ruszałam się stąd. Szukam w moich książkach informacji na temat psychologii zbrodni, dys¬funkcji i seryjnych morderców. Nic mi to jeszcze nie dało. – Pociągnęła kolejny łyk. – Byłam taka głupia, naiwna i zarozumiała. Myślałam, że za¬czynam go rozumieć. Wydawało mi się, że dla Johna to tylko chora zaba¬wa. Czułam, że jest gwałtowny, bo to było widać po tym podziurawionym zdjęciu, które mi przysłał\ ale nie miałam pojęcia… to znaczy ani przez chwilę nie sądziłam, że on… jest mordercą. – Na sekundę zamknęła oczy,, starając się opanować i pozbyć ogłuszającego poczucia winy.
– Znajdziemy go.
– Ale kim on jest? Pol icja ma próbki nasienia i porównująje z osobami bliskimi ofiarom, z mężczyznami z otoczenia Annie, ale to trochę potrwa.
– Mam niektóre z tych informacji. Pamiętasz? Z powodu ciąży An¬nie. – Ty sięgnął po telefon. – Jak się nazywa ten detektyw?
– Rick Bentz.
– Zadzwonię do niego i powiem mu wszystko, co wiem. Zaproponuję mu moje akta, opowiem, czego się dowiedziałem i spróbuję ich
przekonać, że wszystko zaczęło się od Annie Seger. Ten, kto zabił ją, jest tym, którego szukają.
– Może oni wierzą w wersję o samobójstwie Annie?
– Więc będę m usiał ich przekonać, że się my lą – powiedział. – Masz bezpośredni telefon do Bentza?
– Jego wizytówka jest na lodówce.
Ty poszedł do kuchni i wykręcił numer komisariatu policji w No¬wym Orleanie. Kilka minut później połączył się z Bentzem i wyjaśniał mu teorię na temat śmierci Annie.
W tym czasie Sam zaparzyła kawę. Musiała się czymś zająć, odpędzić demony, które powtarzały, że jest odpowiedzialna za śmierć Leanne.
Nie tylko Leanne. Innych również. Przynajmniej dwóch kobiet.
Z twojego powodu, Sam. Kiedy nie udało ci się pomóc Annie, wy¬rządziłaś mu wielką krzywdę.
NIE MA MOWY! Nie daj się wciągnąć w takie chore, pokręcone teorie. On jest nienormalny, Samanto. Weź się w garść. Rusz głową i wy¬korzystaj swoją wiedzę. Dojdź do tego, kim on jest.
Wyprostowała się, opanowała i kiedy kawa parzyła się w ekspresie, słuchała, jak Ty rozmawia przez telefon. Znalazła w torebce długopis, wzięła notes, który trzymała przy telefonie.
Kto był w Houston, kiedy umarła Annie?
Zaczęła od siebie i jedno po drugim wypisywała imiona, które przy¬chodziły jej do głowy: Ceorge Hannah, Eleanor Cavalier, Jason Faraday, Estelle Faraday, Kent Seger, Prissy McQueen, Ryan Zimmerman, David Ross i Ty Wheeler. Jeszcze Peter Matheson. Nie zapominaj, że twój ko¬chany znikający braciszek też mógł być w mieście. Skrzywiła się. Nie Pe¬ter – tylko nie on. Postawiła znak zapytania przy jego imieniu, a potem wykreśliła wszystkie kobiety – owszem, mogły być wspólniczkami, ale nie morderczyniami. Z notatek Tya wiedziała, że Jason Faraday i Kent Seger mieli grupę krwi zero plus. Pete tak samo. Nie wiedziała, jaką miał Ty i George Hannah, albo David, ale wykreśliła tego pierwszego z listy. Nie był mordercą. Jej brat też nie. Pete nigdy nie poznał Annie Seger.
Skąd wiesz, Sam? Nie widziałaś go od lat. Nie wiedziałaś, że był w Houston.
Nie miała pewności, czy tak rzeczywiście było… nie, nie Peter… wspo¬mniała ciemnowłosego brata, który lubił być od niej lepszy, szybszy w jeź¬dzie na rowerze, sprawniejszy w pływaniu najeziorze Shasta, zwinniejszy na nartach, kiedy rodzice zabierali ich w góry. Pamiętała jego uśmiech, psotne zielone oczy, podobne do jej oczu, i to, jak lubił wygrywać z nią w każdej grze. Potem wpadł w świat zdominowany przez narkotyki.
Zupełnie jak Ryan Zimrnerman. Ale Pete nigdy by nie…
Zostawiła jego imię na liście i usłyszała, jak Ty odkłada słuchawkę•
_ Co powiedział? – zapytała, nadal wpatrując się w notatki.
_ Żebym się nie wtrącał. Chyba mi nie ufa.
_ Według mnie, on nikomu nie ufa.
_ Taki już ma zawód. – Ty popatrzył jej przez ramię i przeczytał notatki. – Zawężasz grupę podejrzanych?
– Próbuję•
_ To samo robią gliny. – Pochylił się nad nią, Jak że piersią dotykał jej pleców. Wskazał na swoje nazwisko. – Dlaczego wykreśliłaś mnie z listy?
_ Bo ty nie mógłbyś… nie zrobiłbyś tego. – Rozległo się ostatnie plaśnięcie i ekspres umilkł – kawa była gotowa. Sam nie zwróciła na to uwagi.
_ To prawda, ale kierujesz się emocjami, a nie faktami – powiedział.
_ Chcesz, żebym cię z powrotem wpisała na listę?
_ Chcę, żebyś myślała logicznie. – Wyprostował się• Pogrzebał w szafce i wyciągnął dwa kubki.
_ A co powiesz o intuicji? Czy wy, gliniarze, nie tak to nazywacie? _ Odrzuciła długopis. Nie miała wystarczających informacji o tych ludziach, żeby w ciemno dokonać wyboru albo zgadywać, kto z nich jest winny.
_ Nie jestem już gliniarzem, a instynkt wewnętrzny to tak, jak kobieca intuicja. Coś w tym jest – powiedział i nalał kawę do kubków.
_ Dzięki. – Patrzyła na listę podejrzanych, popijała kawę, ale nadal czuła w środku zimno.
Popatrzyła na pokreśloną katikę. Jeden z tych mężczyzn był mordercą.
Była tego pewna. Ale który? George Hannah? Nie – morderstwo byłoby zbyt obrzydliwe;!ile chciałby upaprać swoich garniturów od Armaniego.
Pamiętaj – morderca dzwoni na drugą linię; musi być związany z roz¬głośnią. Może nie znasz George'a tak dobrze, jak ci się zdaje.
Przeszla do kolejnego nazwiska. Ryan Zimmerman? Co wiedziała o chłopaku Annie? Tylko tyle, że był sportowcem, który zaczął brać narkotyki, ale wygrzebał się z tego.
Kent Seger? Kolejna zagadka. Chłopak z depresją i problemami psychicznymi po śmierci siostry. Zapisała sobie, że ma zadzwonić do szpitala Miłosierdzia.
A co z Jasonem Faradayem – ojczymem, który zostawił rodzinę i szybko ożenił się ponownie? Jaka była jego historia? Postukała palcem w jego nazwisko.
– Skreśl go – powiedział Ty, jakby czytał w jej myślach. – Morderca zostawił odciski palców. Jason Faraday był w wojsku, służył w Wietna¬mie. Gdyby to był on, policja i FBI już by go aresztowały.
Wykreśliła ojczyma Annie.
– Moje odciski palców też mają – dodał. – Dlatego możesz wyma¬zać i mnie, ale nie dlatego, że mnie…
Szczegóły, szczegóły – przerwała mu szybko. Oboje byli zbyt zmęczeni i wyczerpani, żeby dłużej się nad tym wszystkim zastanawiać. Oparła się o fotel i zmęczonym gestem odgarnęła włosy z oczu. Poczuła krople potu na czole. Jak to możliwe – na dworze jest taki upał, a jej ciągle jest zimno?
– Chodź, pojedziemy do mnie – zaproponował Ty. – Musisz odpo¬cząć.
– Nie mogę. Co będzie, jak John zadzwoni? Muszę być tutaj.
– Może pojawić się osobiście – przypomniał jej Ty. – Poczuję się lepiej, jeśli spakujesz torbę i zostaniesz u mnie. Onjuż raz włamał się do domu. Może nawet kilka razy. Leanne Jaquillard miała na sobie twoją bieliznę. On może tu wejść i wyjść kiedy zechce.
– Zostawiliśmy otwarte drzwi – przypomniała mu. – Teraz jest bez¬piecznie. Mam alarm, policjajest w okolicy, a telefony są podłączone do systemu śledzącego połączenia. Sprawdzą każdego, kto zadzwoni. Poza tym, twój przyjaciel, prywatny detektyw, węszy dookoła.
– Andre, tak, ale…
– Nie kłóć się ze mną. Myślę, że John zadzwoni jeszcze raz. Mam nadzieję• Tym razem policja wyśledzi jego numer, a ja będę przygotowana.
Ty zmarszczył brwi. Nie był wcale przekonany.
– A co będzie, jeśl i John postanowi złożyć ci wizytę osobiście?
– Myślałam o tym. Powiedziałam ci, że dom jest bezpieczny.
– To żadna gwarancja, on może się prześlizgnąć. Pamiętaj, że do tej pory morderstwa uchodziły mu na sucho.
– Wiem, ale… -powiedziała, zalotnie przechyliła głowę na bok i do¬tknęła guzików jego koszuli. – Miałam nadzieję, że ty i Sasquatch zosta¬niecie ze mną – ochroniarz i pies.
– A teraz sięgasz po typowo kobiecą broń?
– Po prostu staram się ciebie przekonać – powiedziała, niezadowolona, że odgadł jej podstęp. – Chcę zostać w domu. – Ty skrzywił się i miał zamiar dalej się spierać, ale ona położyła mu palce na ustach.
– Proszę, Ty. Musimy zrobić wszystko, co w naszej mocy, żeby zła¬pać tego wariata, zanim skrzywdzi kogoś jeszcze.
– Właśnie staram się temu zapobiec – powiedział. – Boję się, że jesteś kolejnym celem.
– Więc zostań ze mną•
– Dobrze, ale jak zaczną się jakieś kłopoty, uciekamy…
– Umowa stoi.
Zmarszczył czoło i jednym łykiem dokończył kawę•
_ Skoczmy do mnie. Zabierzemy psa i ciuchy na zmianę. Skoro je¬steś taka uparta, żeby spędzić noc tutaj, to wrócimy.
_ Dobrze – powiedziała. W sunęła stopy w klapki i zanIosła kubki do zlewu. Włączyła alarm, zamknęła drzwi i poszła za Tyem do samochodu.
Noc była ciemna i wilgotna, a księżyc zasłaniały chmury. Owady kłę¬biły się przy lampie na ganku i pełzały po oknach. W pobliskich domach paliły się światła, a przez otwarte okna dobiegały tłumione odgłosy tele¬wizorów, zmywarek, muzyki i rozmów. Była ciekawa, czy jeszcze kie¬dyś poczuje się tu bezpiecznie, otworzy okna, wpuści do domu wiatr i będzie wsłuchiwać się w cykanie świerszczy.
Nie pozwól, żeby John ci to zrobił. Nie daj mu wygrać. Znajdź drania. Wzdłuż ulicy stało zaparkowanych kilka samochodów. Znajomych i obcych.
Ty zauważył, że Sam przygląda się im uważnie.
– Drugi na lewo to policja- powiedział. – Twoja prywatna ochrona.
– Skąd wiesz?
– Nie zapominaj, że byłem kiedyś gliną.
– Tak – powiedziała i wsiadła do volva, zatrzaskując drzwi. – Prawda jest taka, że niewiele o tobie wiem.
Rzuciłjej rozbrajający uśmiech, okrążył podjazd i wyjechał na ulicę•
– Nie mam tajemnic. Co chcesz wiedzieć?
Jeśli się powiedziało A, trzeba powiedzieć B, pomyślała, bawiąc się pasem bezpieczeństwa.
– Po pierwsze, zakładam, że nie istnieje pani Wheeler?
– Tylko moja matka. Jest wdową i mieszka w San Antonio.
W bocznym lusterku Sam dostrzegła samochód, który ruszył za nimi, włączając światła.
– Nie są zbyt dyskretni, prawda? – Ty zerknął w lusterko. – Byłem żonaty, ale dawno temu z ukochaną ze szkoły średniej, która nie chciała być żoną policjanta. Rozwiedliśmy się, zanim pojawiły się dzieci i od tamtej pory nie miałem ochoty jeszcze raz iść do ołtarza.
– A dziewczyny?
– Po jednej w każdym porcie – zażartował, ale zaraz spoważniał.
Światła z samochodu za nimi oślepiły go trochę. – Tak naprawdę, to nie miałem czasu. Chcesz wiedzieć coś jeszcze?
– Tak, ale później.
Skręcił przed swoim domem i wyciągnął kluczyki ze stacyjki. Silnik zgasł. Sam sięgnęła do klamki, ale Ty chwycił ją za ramię i zatrzymał.
– Posłuchaj, Samanto. Wiem, że znamy się krótko i przyznaję, że miałem swoje powody, żeby cię poznać. Okłamałem cię, wydało się. Wiem, że popełniłem błąd, uwierz mi. Nie miałem zamiaru wiązać się z tobą, ale niczego nie ukrywam. N ie mam żadnej ciemnej, strasznej tajemnicy. Gdybym miał to wszystko robić jeszcze raz, byłbym z tobą szczery, ale wyszło inaczej. – Przyciągnął ją do siebie i pocałował. Po¬czuła na twarzy jego ciepły oddech. – Zaufąj mi, kochanie. Zrobię wszyst¬ko, żeby wyciągnąć cię z tego bałaganu. Wszystko. – Przejechał palcem po linii jej brody, a potem opuścił rękę. – Czuję, że to moja wina, że to wszystko przytrafiło się tobie i innym kobietom. – W jego oczach do¬strzegła ból. – Przysięgam ci… zrobię wszystko, co w mojej mocy, że¬byś była bezpieczna. Obiecuję. Uwierz mi.
Kiedy spojrzała w jego pociemniałe oczy, coś ścisnęło ją w gardle.
Wydawało jej się, że jest bardzo szczery i zdeterminowany. Dręczyło go poczucIe wmy.
– Wierzę ci – powiedziała, ale nie chciała mówić nic więcej. Bała się przyznać, że się w nim zakochała. Takie słowa zabrzmiałyby idio¬tycznie i banalnie, a prawda była taka, że nie mogła ufać nawet własnym emocJom.
Nieoznakowany samochód minął ich i błysnęły światła.
– Lepiej chodźmy – powiedział Ty i rozluźnił uścisk.
Weszli do domu i Sam miała wrażenie, że wieki upłynęły od chwili, kiedy wypadła stąd w nocy, wściekła na niego za to, że ją oszukał. O Bo¬że, tyle się wydarzyło od tamtej pory, a minęło zaledwie kilka dni.
Kilka dni temu Leanne jeszcze żyła.
Z ciężkim sercem poszła za nim na poddasze i usiadła na rogu łóżka, a on wrzucił ubranie i przybory o golenia do sportowej torby. Myśli o Le¬anne Jaquillard nie dawały jej spokoju. Gdyby tylko zdołałajej pomóc. Gdyby wcześniej odpowiedziała najej telefony. Gdyby tylko… O Boże, nie mogła tak myśleć. Włożyła ręce między kolana i wpatrywała się w dywań.
– Czuję, że gdybym z nią porozmawiała, gdybyśmy się spotkały, można było temu zapobiec – powiedziała.
Ty dostrzegł jej odbicie w lustrze.
– John… powiedział mi, że złożył dla mnie ofiarę. Zabił ją… z mo¬jego powodu… i… ona starała się ze mną skontaktować, ale mnie nie było.
Ty zasunął suwak w torbie i ukląkł przed nią. Palcem uniósł jej pod¬bródek i spojrzał jej w oczy. _ Nie wiesz tego. Mogłyście być martwe obie. Przestań, Samanto, nie rób sobie wyrzutów. To okropna tragedia, ale to nie twoja wina.
_ Wspaniale się z tobą rozmawia. A kto właśnie przed chwilą mówił o poczuciu winy?
– Wyzwoliłem się z tego. Łzy napłynęły Sam do oczu.
– Zginęła dlatego, że mnie znała. Gdyby nie to…
– Nie mów tak, Samanto, proszę cię – powiedział łagodnie. – Teraz ty i ja musimy dorwać tego faceta. Leanne by tego chciała.
– Każdy by tego chciał.
Zamrugała szybko i z całej siły starała się powstrzymać od płaczu.
– Masz rację – powiedziała. – Dostańmy go.
_ Dostaniemy – obiecał Ty. Sięgnął do górnej szuflady komody i wyciągnął pistolet.
Sam zesztywniała.
– Pistolet? Masz broń?
_ Przecież byłem policjantem, zapomniałaś? Nie martw się, mam pozwolenie. Wszystko jest legalne. – Włożył magazynek, zabezpieczył broń i wsunął pistolet do kabury pod pachą, zapiął paski i założył mary¬narkę. – Na wszelki wypadek.
– Nie lubię broni.
– A ja nie lubię facetów, którzy zabijają kobiety. Jeśli ktoś spróbuje cię skrzywdzić, pożałuje. – Sam pomyślała, że Ty tylko żartuje, by ją rozbawić, ale zobaczyła jego zacięty wzrok i wiedziała, że mówi poważ¬nie. Śmiertelnie poważnie.
Skoro to jest ts:n jedyny facet, jak mówiłaś Sam, dlaczego tak cię unika? – zastanawiała się Melanie, kiedy leżąc w wannie, wykręcała nu¬mer swojego chłopaka. Był środek nocy. Dlaczego nie odbiera? Może wyłączył komórkę, żeby nikt go nie budził o tej porze?
Może jest z inną kobietą?
Ta myśl była jak nóż wbity w serce. Boże, Mel, mylisz się.
Popatrzyła na kroplę wody zwisającą z kranu. Czekała i wiedziała, że nie odbierze, więc będzie musiała zostawić mu trzecią wiadomość w poczcie głosowej. Co w nim było takiego, że nie mogła mu się oprzeć? – Zostaw wiadomość – powiedział nagrany głos.
– Cześć, to znowu Melanie. Zastanawiałam się, co knujesz? – Starała się mówić swobodnie, ale czuła się jak idiotka. Uganiała się za nim, jak za tuzinem innych przystojnych facetów, którzy zawsze źle ją trakto¬wali. Coś było z nią nie tak – nie musiała studiować psychologii, żeby dostrzec, że zawsze wiąże się z nieodpowiednimi mężczyznami – ale mimo to nie potrafiła inaczej. To jakieś uzależnienie, pomyślała i za¬mknęła oczy. Jesteś niewolnicą miłości. Tak jak twoja matka i siostra. Wszystkie kobiety w jej rodzinie trafiały na beznadziejnych facetów. Matka miała sześciu mężów i nigdy nie była szczęśliwa, a siostra nadal była żoną dupka, który bił ją za każdym razem, kiedy się upijał, a Mela¬nie, najbardziej niezależna z nich, uganiała się za wysokimi ciemnowło¬symi i niebezpiecznymi typami.
Niedługo będzie lepiej. Jutro znowu zadzwoni do Trish LaBelle w WNAB. Nie podda się. Nie zrezygnuje ani z chłopaka, ani z poszuki¬wania lepszej pracy – albo w WSLJ, albo w konkurencyjnej stacji.
Trzeba pomyśleć o tym, jak zrobić karierę. Uśmiechnęła się. Wy¬obraziła sobie siebie przy mikrofonie, prowadzącą Nocne wyznania. Te dwa tygodnie, kiedy Samanta była w Meksyku, były najlepsze w życiu Melanie… wcielała się w doktor Sam i nawet spędzała wieczory w jej domu. Poznała swojego nowego chłopaka tydzień wcześniej, ale dopie¬ro wtedy między nimi zaiskrzyło… pamiętała,jak kochał się z nią w wiel¬kim łóżku Sam. Nawet teraz zadrżała na samo wspomnienie.
Tak, pomyślała, powoli namydlając ciało, wszystko zmieni się na lepsze. Już ona się o to postara.
Rick Bentz patrzył przez zabrudzoną mal1wymi owadami szybę, jak Montoya przekraczał dozwoloną prędkość i pędził autostradą.
– Nie wydaje ci się dziwne, że zaginęło trzech facetów? – zapytał Bentz, stukając palcami w podłokietnik. Samochód był nagrzany i śmier¬dział papierosami. – Wszyscy trzej mają związek z Annie Seger albo z Sa¬mantą Leeds i wszyscy mieszkali w Houston, kiedy umarła Annie.
– Wszystko w tej cholernej sprawie jest dziwne. – Montoya znowu palił. Wyrzucił niedopałek przez okno i zamknął szybę, dając klimatyza¬cji szansę na ochłodzenie rozgrzanego jak piec•wnętrza cywilnego sa¬mochodu.
Wracali z White Castle, gdzie rozmawiali z panią Zimmerman, py_ skatąkobietą, która nie miała nic dobrego do powiedzenia na temat męża.
– Powinnam słuchać rodziców i nigdy za niego nie wychodzić¬powiedziała ze złością. – Ten facet to nic.dobrego. Nie wiem, co ja sobie myślałam. A teraz jeszcze stracił pracę. Po prostu nie poszedł tam pew¬nego dnia, czy to odpowiedzialne?
Siedziała w salonie otoczona pudłami. Najwidoczniej albo ona się wyprowadzała, albo wyrzucała Ryana.
– Dlaczego o niego pytacie?
Kiedy Montoya wyjaśnił jej, że policja się nim interesuje w związku z zabójstwem Leanne Jaquillard, kobieta natychmiast zmieniła ton.
_ Ryan nigdy nie zrobiłby czegoś takiego. Owszem, jest duży i sil¬ny, ale nie jest mordercą – upierała się•
Montoya wyjaśnił cierpliwie, że chcieli tylko zjej mężem porozma¬wiać. W końcu zebrała się w sobie i wyprosiła ich. Powiedziała, że jeśli jeszcze raz będą chcieli z nią porozmawiać, to w obecności adwokata.
_ Więc Zimmerman zniknął. Nie ma adresu ani pracy – komento¬wał Montoya. Bentz sięgnął do kieszeni koszuli po nieistniejącą paczkę papierosów. Musiała mu wystarczyć resztka nikotyny w ostatnim kawałku gumy do żucia. Montoya założył okulary przeciwsłoneczne. – Kent Se¬ger też wyparował. Wyjechał i nie wiadomo z czego żyje.
– Tak. – Bentz skrzywił się, a Montoya zaczął wyprzedzać samo¬chód z małym staruszkiem za kierownicą. Jego siwa żona była tak drob¬na, że prawie nie było jej widać. Odbite od czegoś słońce oślepiło Mon¬toyę tak, że musiał opuścić daszek.
– Jest jeszcze brat Samanty Leeds – mówił dalej Montoya. – Znik¬nął i nie kontaktował się z rodziną, ale pracował we wszystkich mia¬stach, w których jego siostra prowadziła programy radiowe. Tylko żejak dla mnie to za łatwe wytłumaczenie. Może coś jest w tej teorii Wheele¬ra, że Annie Seger została zamordowana?
Bentz musiał przyznać, że istotnie było w tym' coś, ale zapomniał, o czym rozmawiali, kiedy Montoya wyprzedził duże auto i Bentz rozpo¬znał to, co go oślepiało. Na lusterku w samochodzie wisiał różaniec, a błyszczące paciorki odbijały intensywne słoneczne światło.
– Niech mnie diabli – powiedział, kiedy Montoya przejechał pas, żeby zjechać z autostrady. – Widziałeś to?
– Co? Taurusa?
– Nie. To, co miał w środku. Ci staruszkowie mieli różaniec zawieszony na wstecznym lusterku.
– No i co? Pewnie mieli też plastikowego Jezusa. – Montoya zaha¬mował przed znakiem stopu. Nie zgadywał jeszcze, o co chodzi.
– Różaniec – powtórzył Bentz. – Z paciorkami umocowanymi w charakterystyczny sposób.
– O czym ty mówisz? Paciorki takie do modlitwy, tak wiem… ¬Zamilkł i spojrzał na Bentza z niedowierzaniem. – Chyba nie sądzisz, że nasz facet do duszenia użył różańca?
– Myślę, że warto to sprawdzić.
– Co to znaczy… facet jest jakimś duchownym? – Montoya przepuścił ciężarówkę.
– Chyba nie. Różaniec można kupić wszędzie, może nawet przez Internet.
– W organizacji Katolicy To My?
– Może jest adres www.różaniec.com?
Zmieniły się światła.
– Cholera- mruknął Montoya i nacisnął pedał gazu. Samochód sko¬czył do przodu. – To jest naprawdę chore.
Amen, pomyślał Bentz.